Nawet pałętający się tu i ówdzie bez żadnego przydziału symetryści, nie próbują zaprzeczać. Jednakże brak zgody, co to za przypadłości. Ściślej mówiąc wymienia się takie liczby namacalnych dolegliwości, że wszyscy się w tym już gubili, aż do mijającego tygodnia. Dowiódł on bowiem, że polskie elity cierpią na zbiorowe zaburzenia afektywno dwubiegunowe. Dotknięta nimi osoba oscyluje między stanami, skrajnej depresji, a emocjonalnym wzmożeniem, nazywanym w psychiatrii manią. W jej trakcie wierzy w swoją moc i geniusz, szykując się na podbój świata. Po czym przychodzi depresja. I tak w kółko.

Na Polskim gruncie owocuje to trwającym od trzech dekad stanem "stabilnej niestabilności". Przy jakiejkolwiek wymianie na szczytach władzy nowa ekipa zmienia dosłownie wszystko, po czym jest jak było. Czyli nic nie działa, tylko stan stabilnego braku stabilizacji hula w najlepsze. Acz w zeszłym miesiącu nasza cyklofrenia przybrała postać wzorcową. W stan skrajnego smutku Polacy popadli zaraz po 14 stycznia, kiedy ciężko ranny Paweł Adamowicz zmarł w szpitalu. Potem był 21 stycznia, gdy cały świat fetował Blue Monday, czyli najbardziej depresyjny dzień w roku. Dokładnie tydzień po nim pojawiły się w Polsce symptomy maniakalnej radości. Pierwszy doznał jej obóz antypisu za sprawą sławetnych taśm Kaczyńskiego. Ich upublicznieniu przez "Gazetę Wyborczą" towarzyszyło przekonanie, że wreszcie nadchodzi kres koszmaru. Wprawdzie hasło "PiS się kończy", rzucano w ciągu ostatnich trzech lat z niezachwianą wiarą na oko już z 36 razy (jeśli przyjąć średnią częstotliwość maniakalnych ataków radości na jeden w miesiącu).

Mimo to i tym razem szczerze uwierzono, iż przełom za progiem. „Jutro albo pojutrze wybuchnie bomba informacyjna, z nagraniem w tle, która zmiecie wszystkie inne newsy z powierzchni ziemi w Polsce na jakiś czas” – anonsował taśmy Tomasz Lis. Widząc poniedziałkowy atak szczęścia wśród ludzi walczących do ostatniego tchu z obozem władzy, niewybaczalnym okrucieństwem było sprowadzanie ich od razu na ziemię. Zwłaszcza próbując uświadomić, jak bardzo ulegają myśleniu życzeniowemu. To tak, jakby powiedzieć wprost dziecku, że nie ma świętego Mikołaja. Zrobił to raz publicznie amerykańskiemu maluchowi Donald Trump i od razu wszyscy poczuli ciężar tego okrutnego świństwa. Niestety, czasami bywa ono konieczne wobec dorosłych. Wbrew temu, w co zdaje się wierzyć opozycja, III RP nigdy nie była dojrzałą demokracją w zachodnim stylu z jej złotych lat. Taką, w której gdy jakaś gazeta ujawni, że minister wziął służbowy samochód i szofera po godzinach pracy, by wyskoczyć do pubu, szastając publicznym groszem i zaufaniem wyborców, wówczas musi natychmiast podać się do dymisji. Kiedy zaś przywódca ugrupowania rządzącego zostaje przyłapany na niejasnych interesach - upada cały rząd.

W poniedziałek zakwitła wiara, że Polska też jest taka. Jakby przez ostatnich 30 lat każda kolejna ekipa nie utwierdzała Polaków w pewności, iż w sferze publicznej o wszystkim decydują układy oraz znajomości. Jakby spółki skarbu państwa przestały choć przez moment dawać etaty partyjnym działaczom oraz lewe dochody partiom. Jakby przez ostatnich 13 lat życie polityczne nie zdominowały partie wodzowskie. Gdy na szczycie feudalnej drabiny stoi wódz, od którego osobowości zależy, do jakiego stopnia pozwoli się, by władza zdeprawowała jego podwładnych.

Z upublicznionych nagrań wynika, że obecny naczelnik państwa nie tylko znakomicie orientuje się w regułach rządzących III RP od jej zarania, ale też sam z nich korzysta. Nota bene żywcem skopiowano je z PRL, gdy od szczytów władzy po społeczne doły funkcjonowała gęsta sieć, nieformalnych powiązań i interesów. W Polsce na styku państwa z partiami politycznymi mechanizmy przeszczepione z PRL mają się znakomicie. Co gorsza wyborcy się w tym odnajdują, pomimo okazywania, jak ich to mierzi.

Skoro Jarosław Kaczyński odnosił polityczne sukcesy zarówno przy narodzinach III RP, jak i dzisiaj, dość oczywistym wnioskiem jest, iż potrafi znakomicie pływać w mętnej wodzie. Mimo to cały antypis głęboko wierzy, że okazanie na to dowodów wpędzi jego elektorat w stan głębokiego szoku. Bo przecież naczelnik cały czas mówił, że tej "mętnej wody" nienawidzi. Tak na marginesie, czy jest w Polsce polityk, który tak nie mówi? Gdybyż jeszcze te 40 proc. wyborców, głosujących ostatnio na PiS urodziło się wczoraj, wierzyło w św. Mikołaja, a Polskę odwiedzało na kilka dni w okolicach Bożego Narodzenia. Wówczas faktycznie istniałaby nadzieja na poniedziałkowe złamanie nerwowe.

Niestety oni się w tym kraju urodzili. Owszem patrząc od strony, jakości polskiego państwa jest rzeczą bardzo istotną, że szef rządzącego ugrupowania planuje postawić dwa wieżowce, za kredyt z państwowego banku. Jeśli to się uda, jego stronnictwo będzie finansowo ustawione na lata. Zdobywając sporą przewagę finansową nad resztą konkurencji. Jednak aby czuć się tym zaszokowany najpierw trzeba nabawić się jakiś złudzeń, co do jakości polskiego państwa. Dopiero wówczas można jest stracić. W przypadku zwykłych obywateli takowych niezmiennie brak.

Dlatego wkrótce kolejne sondaże dowiodą, że nie ma św. Mikołaja. Nie zmienią się one, dopóki gospodarka się kręci, ceny prądu są do przyjęcia, pensje rosną, a opozycja żyje w świecie własnej wyobraźni i jak ognia wystrzega wyciągania wniosków z nielicznych diagnoz społecznych, robionych nie na oko, lecz w oparciu o szersze badania socjologiczne (jak np. ostatni raport Centrum Badań nad Uprzedzeniami „Polaryzacja polityczna w Polsce”).

Swymi złudzeniami może mamić się tak długo, aż PiS się sam skończy. Co na pewno kiedyś nastąpi, ale wcześniej po radosnych poniedziałkach czekają ją czwartkowe rozczarowania. Zupełnie jak w tym tygodniu. Dla odmiany tego dnia maniakalnym szałem radości zaraził się obóz władzy. Był on chyba porównywalny z tym, jak cieszyli się obrońcy Wiednia na widok wojska króla Jana III Sobieskiego. Acz z odsieczą nadciągnęła nie husaria, lecz „jurny Stefan” wraz z dinozaurami. Rzut okna na statystyki robione przez Google Trends wystarczy by zauważyć, że mrożącą krew w żyła opowieść Ewy Kopacz o mordowaniu dinozaurów, przy użyciu kamieni, poszukiwało niewiele mniej osób, od tych zainteresowanych nagraniami prezesa. Natomiast z kim oraz jak często sypiał poseł Niesiołowski interesowało się ponad dwukrotnie więcej Internautów.

Nawet debaty: jak seksualnie wydajny może być mężczyzna po siedemdziesiątce oraz ile kamieni potrzeba aby zatłuc dinozaura, wydawały się bardziej ożywione od tych odnoszących się do deweloperskich ciągot naczelnika państwa. Zresztą głównym problemem stało się, czy to Jarosław Kaczyński wypowiedział słynną już frazę "O ja cię nie mogę" na widok spodni tłumaczki.

Tak czy inaczej dzień 31 stycznia stał się dla Polaków najradośniejszym w roku. Opozycja miała jeszcze jakieś powody do śmiechu, obóz rządzący już je miał, a obywatele (nawet przesiąknięci symetryzmem) śledzili spektakl w niemym urzeczeniu. Na podsumowanie apogeum stanu maniakalnego przegalopował na czworakach przez media pijany szef CBA, goniąc suczkę rasy bokser, by się z nią całować. Po takim dniu jednego można być pewnym. Jeśli kiedyś w Polsce pojawi się ferment społeczny zdolny rozerwać, trzymający w klinczu całe państwo dipol PO – PiS, nie będzie to „ruch oburzonych”. Będzie to pierwszy w świecie "ruch rozśmieszonych". Najpewniej rozśmieszonych aż do bólu.