Po takim początku można zareagować wzorem księdza Benedykta Chmielowskiego. Pisząc pierwszą polska encyklopedię doszedł do hasła "koń". Wtedy dla oszczędzenia sobie czasu i wysiłku zapisał: "Koń – jaki jest każdy widzi". Jaka jest polska polaryzacja też każdy widzi. Ostatnim dobrym przykładem są ewolucje zbiorowych reakcji na kwestie związane z zamordowaniem prezydenta Adamowicza. W publicznej debacie szybko zeszła na margines sprawa - dlaczego w Polsce osoby agresywne, ewidentnie niebezpieczne dla otoczenia, nawet ze zdiagnozowaną chorobą psychiczną, po wyjściu z więzienia puszczane są samopas. Zaś aparat państwa znów zwraca na nie uwagę, gdy kogoś zabiją.

Reklama

Podobnie mało istotna okazała się kwestia jakości agencji ochroniarskich oraz zabezpieczania imprez masowych. Skoro do tej pory nikomu nie chciało się podczas którejś np. odpalić ładunku wybuchowego, to na pewno w przyszłości też się nie zechce. No i problem z głowy. Powyższa tematyka dotyczy społeczeństwa jako całości i ma funkcję je spajającą. Chodzi w niej bowiem o wprowadzanie zmian służących wspólnemu dobru. Tymczasem największym wzięciem cieszy się problem, co w celi czytał i oglądał Stefan W. i jak to wpłynęło na jego chęci do użycia noża. To zagadnienie ewoluuje powoli w stronę frapującego pytania: co mówiły do Stefana W. głosy, które słyszał.

Znajomość polskich realiów każe być przekonanym, iż niedługo przedmiotem sporu będzie - na kogo te głosy głosowały w ostatnich wyborach. Może to i obłęd, lecz znakomicie służy polaryzowaniu społeczeństwa. Tymczasem nadchodzi pora, aby zacząć szukać lekarstw, bo jak pokazuje przykład Stefana W., dotknięci nim ludzie zbyt łatwo sięgają po noże. Jednak chcąc skutecznie leczyć jakąś chorobę należy ją najpierw trafnie zdiagnozować. I z tym właśnie jest w Polsce największy problem.

Rzetelnych prób poszukania przyczyn oraz miarodajnego opisania rozdwojenia społeczeństwa oraz pogłębienia politycznych podziałów, jakie nastąpiły w ciągu ostatniej dekady, jest jak na lekarstwo. Oczywiście diagnozy próbują nieustannie stawiać politycy, ale oddanie tego w ich ręce, to jak wpuszczenie wampira do stacji krwiodawstwa. Trudno liczyć na oparcie się pokusie zaspokojenia własnych potrzeb. Niewiele bliżsi prawdy bywają dziennikarze, nawet jeśli nie czują się zbytnio związani z żadnym obozem politycznym. Z braku odpowiedniego zakresu wiedzy swe diagnozy stawiają na wyczucie. Wyciągając wnioski z tego, co sami zaobserwowali, usłyszeli, wreszcie dowiedzieli z mediów, które nota bene współtworzą.

Co gorsza podobnie rzecz się ma z większością dyżurnych w mediach: socjologów, politologów, psychologów społecznych, etc. Owszem czytali Alexisa de Tocqueville’a i kilku wybitnych socjologów, którzy żyli w mniej odległych czasach. Owszem mają sporą wiedzę teoretyczną i nieobcy jest im aparat naukowy. Jednakże i tak swe diagnozy stawiają na przysłowiowe oko, bo najzwyczajniej w świecie nie robią badań na dużą skalę. Zaś kilku swą karierę (co łatwo zauważyć) woli oprzeć nie na nauce, lecz na wysługiwaniu się którejś z partii politycznych, wspierając swym autorytetem jej akcje propagandowe.

Dlatego tak wielkim szokiem stało się opublikowanie przez dr hab. Macieja Gdulę raportu o postawach politycznych mieszkańców Miastka. Czarno na białym wynikało z niego, że polska rzeczywistość jest zupełnie inna niż się warszawskim elitom na oko zdaje. Przypomnijmy jednak, że badane pomorskie miasteczko ma ledwie 10 tys. mieszkańców. Jest więc jednie małym fragmencikiem rzeczywistości w jakiej żyjemy.

Na szczęście nowy fragmencik właśnie odsłonił wspomniany na początku raport Centrum Badań nad Uprzedzeniami. I znów rzeczywistość okazuje się inna, niż się powszechnie wierzy (zwłaszcza po stronie opozycji). Najlepiej świadczy o tym jeden z wniosków końcowych. Postawy zwolenników partii opozycyjnych wobec zwolenników PiS są bardziej negatywne niż postawy zwolenników PiS wobec zwolenników opozycji – wyborcy partii opozycyjnych żywią bardziej negatywne uczucia, w większym stopniu dehumanizują i mają mniejsze zaufanie do swoich oponentów politycznych niż zwolennicy partii rządzącej – mówi. Zwolennicy opozycji nienawidzą sympatyków PiS bardziej, niż na odwrót – ogłosił z raczej mało skrywaną radością na swym portalu internetowym tygodnik "Do Rzeczy". Tak trywializując całą sprawę.

Nota bene media nie sympatyzujące z obozem rządzącym w ogóle raportu nie zauważyły. Co w sumie nie dziwi, bo jego uproszczone odczytanie kompletnie psuje dobre samopoczucie opozycyjnej strony. Zamiast potwierdzenia moralnej wyższości (w co święcie wierzy) dowiaduje się z niego, iż ludzie głosujący przeciw PiS-owi darzą swych oponentów bardzo mocną antypatią, odczłowieczają, unikają kontaktów osobistych oraz wymiany poglądów, a przede wszystkim zupełnie nie ufają. Wolą żyć w swym, zamkniętym świecie, bardzo bojąc zagrożeń stwarzanego przez drugą stronę.

Trudno to nazwać budującymi obserwacjami, a jeszcze trudniej odnajdywać w nich powody do odczuwania własnej wyższości. Jednak właściwe diagnozowanie choroby wymaga pójścia dalej niż przeczytanie tylko kilku wniosków końcowych w tak uproszczony sposób. Młodzi naukowcy tysiąc badanych przez siebie osób poddali pod koniec ubiegłego roku kilku ciekawym testom. Określały one temperaturę ich uczuć. Wynika z nich jednoznacznie, że obie strony, pogłębiającego się w Polsce podziału generalnie czują wobec siebie to samo. Jednakże spychani na margines zwolennicy opozycji przeżywają dużo mocniejsze emocje.

Na "termometrze uczuć", którego skala jest klasycznie podzielona od minus 50 stopni do plus 50, ludzie głosujący na PiS średnio darzą elektorat opozycji niechęcią określoną na minus 6,29 stopnia. Natomiast po drugiej stronie temperatura uczucia do pisowców to już srogi mróz i wynosi minus 14,93 stopnia.

W innym teście, polegającym na tym, że zapytany widzi na obrazku kolejne etapy ewolucji człowieka, poczynając od małpiego przodka a kończąc na Homo Sapiens, poproszono badanych o wskazanie szacowanego przez siebie stopnia rozwoju członków przeciwnego obozu. Elektorat opozycji najczęściej wskazywał małpę, natomiast glosujący na PiS wybierali drugi szczebel ewolucji, będąc przekonanym, iż ci z PO są na poziomie Australopiteka.

Wyniki tych oraz kilku innych testów mówią przede wszystkim, iż polaryzacja między ludźmi nieobojętnymi na życie polityczne zaszła w Polsce już bardzo daleko. Podobnie jak tendencja do odmawiania drugiej stronie człowieczeństwa. Widać też, iż napięcie emocjonalne, dotykające elektorat opozycji jest bardzo wysokie. Nie sprzyja to racjonalnemu oglądowi sytuacji. Wygrywa więc irracjonalne myślenie życzeniowe. Niestety adekwatnych badań nie przeprowadzano wcześniej, a to pozwoliłoby określić jak emocje i podziały kształtowały się w Polsce na przestrzeni wielu lat. Dopiero wówczas daje się wychwytywać zmiany oraz przewidywać w jakim kierunku zmierzają. Bez takiego instrumentu pozostaje stawianie diagnoz na wyczucie. Po czym recepty na wyleczenie polskiej choroby nadal będą wypisywać samozwańczy znachorzy.

Reklama