Pamiętam dobrze, że powiedzenie tego sprawiło mi satysfakcję. I zaraz potem – reakcję rozmówczyń z prawicy. Jedna z nich, dotknięta do żywego, powiedziała: „Jak pani może tak mówić, przecież zawsze nawołuje pani do wzajemnego szacunku, a tu nagle takie słowa”. Poczułam wstyd. Obiecałam sobie, że już nigdy nie wypowiem się w ten sposób o nikim z prawicy. Osobie, która mnie wtedy skrytykowała, jestem po latach bardzo wdzięczna.

Pogarda zamiast powściągliwości

Minęło sporo czasu, a lekceważenie w naszej sferze publicznej zmieniło się w pogardę. Po tragicznej śmierci Pawła Adamowicza szybko zaczęło się wytykanie palcami „tych drugich”. Ktoś znajomy na Facebooku napisał, że jest gotów wyciągnąć rękę do prawicy pod warunkiem, że najpierw prezes PiS przeprosi za wypowiedź o „zdradzieckich mordach”. Trwa prawdziwy festiwal bicia się w cudze piersi i spór, która strona jest bardziej nieskazitelna. „Zawsze gdy życie polityczne jest nacechowane agresją, to jest to agresja obustronna” – mówił Karol Modzelewski w audycji Grzegorza Sroczyńskiego w ubiegłą niedzielę. A jego żona, dziennikarka Małgorzata Goetz, dodawała, mając na myśli media liberalne, że słychać w nich ten sam język pogardy, co ze strony prawicowej, tylko pogardy skierowanej w przeciwną stronę. Tego rodzaju głosy są jednak odosobnione.

Po wydarzeniach 13 stycznia w Gdańsku przez chwilę nawoływano do zastanowienia nad tym, co się stało, a nawet do pojednania. Rzecznik prezydenta Andrzeja Dudy wyrażał nadzieję na to, że śmierć prezydenta Adamowicza odegra rolę cezury, która wskaże politykom, osobom publicznym i dziennikarzom nieprzekraczalne granice. Publicyści, jak Tomasz Stawiszyński i Jacek Żakowski, sugerowali, aby zachować w tych trudnych dniach powściągliwość.