Gdy kolejny rok odchodzi w przeszłość warto pomyśleć nie o tym, że znów o jeden bliżej do nieuchronnego zgonu, lecz o czymś nieco bardziej budującym. Sądząc po wynikach badań ogłoszonych przez CBOS, jak Polacy oceniają minionych dwanaście miesięcy, nie powinno to być takie trudne. Wedle sondażu aż 50 proc. rodaków uznało, iż były one po prostu dobre. Kolejne 30 proc. twierdzi, że całkiem do zniesienia, a jedynie ok. 17 proc. zdradzało objawy pogłębiającej się depresji.

Patrząc na statystyki CBOS takiego natężenia dobrego samopoczucia Polacy nie przeżywali od roku 1989. W ciągu ostatnich dekad, gdy spośród zapytanych co czwarty uznawał odchodzący rok za dobry, wówczas można było mówić, iż naród jest na skraju euforii. Opisanie obecnej jest o tyle trudne, że podobna zdarzyła się tylko raz w ciągu trzydziestu lat. Dokładnie w momencie narodzin III RP. Tymczasem może być jeszcze lepiej, ponieważ nic nie niesie Polakom większego ukojenia, niż świadomość, że innym wiedzie się w czymś gorzej.

Powody do dobrego samopoczucia można tak mnożyć, lecz do niedawana ich znajdowanie wymagało pewnej gimnastyki umysłowej. Teraz wystarczy spojrzeć na wschód lub zachód, by dostrzegać je bez trudu. Gołym okiem widać, że wiatr historii w 2019 r. będzie wiał coraz mocniej, a jego podmuchy nie staną się niczym miły dla tych, którzy ich doświadczą. W najbliższych miesiącach mają szansę o tym przekonać się mieszkańcy Rosji, Ukrainy i Białorusi. Ich pech polega na tym, że imperialne plany, jakie nakreślił niegdyś prezydent Putin, marząc od odbudowie ZSRR, okazują się fantasmagorią.

Mimo to władający na Kremlu satrapa wcale nie ma ochoty się z tym pogodzić. Nawet jeśli cena płacona za rozpętanie wojny na Ukrainie staje się coraz bardziej słona. W opinii byłego, rosyjskiego ministra finansów, a obecnie szefa Izby Obrachunkowej Aleksieja Kudrina, Rosja zmierza w stronę rozpadu. Całkowite uzależnienie dochodów budżetu od sprzedaży ropy i gazu oraz odcięcie od nowych technologii sprzyja temu procesowi. Dodać jeszcze należy załamanie demograficzne, trwający dekadę zastój gospodarczy oraz przeżarcie korupcją całego aparatu państwa.

Jak na razie rosyjskie społeczeństwo ogarnął marazm i zobojętnienie, lecz przy próbie podniesienia wieku emerytalnego pojawiły się iskierki buntu. W takiej sytuacji sprawdzoną metodą na umocnienie pozycji dyktatora jest rozładowywanie wewnętrznych napięć przez przeniesienie konfliktów na zewnątrz. Jednym słowem, rosyjska gospodarka jest niereformowalna i nie ma szans na lepszy poziom życia dla obywateli. Jednak można poprawić ich samopoczucie, kiedy Ukraina zostanie rzucona na kolana, a Białoruś zintegrowana z "matuszką" Rosją.

Dodatkowo dramatyzmowi sytuacji sprzyja swoisty wyścig z czasem. Kreml ma środki na ekspansję dzięki surowcom energetycznym. Tymczasem u szczytu światowej koniunktury gospodarczej, gdy surowce zawsze są najdroższe, cena ropy z racji nadpodaży znów spada i oscyluje w okolicach skromnych 50 dolarów za baryłkę. Gdy zacznie się recesja lub co grosza kryzys (a ich nadejścia są zawsze kwestią czasu), handel wodą mineralną może okazać się zajęciem bardziej zyskownym od inwestowania w szyby naftowe. Czasu by rozbić Ukrainę i zmusić Aleksandra Łukaszenkę do zgody na wyrzeczenie się przez Białoruś suwerenności, ma więc Putin coraz mniej.

Chęci do działania mu nie brakuje. Zwiastuje to w nadchodzącym roku masę nieszczęść dla milionów ludzi na wschód od Bugu. Szczęściem w tym nieszczęściu jest fakt, że Kreml nie posiada dość sił, aby na poważnie zajmować się sprawami polskimi. Co może przynieść nawet próby zainicjowania politycznej odwilży. Temu spektaklowi ma szansę towarzyszyć inny, być może równie dramatyczny, rozgrywający się na zachód od Odry. Gdy przez drugą połowę XX stulecia Polacy wiedli smutny żywot w komunistycznej zamrażarce, Europa Zachodnia przeżywała swój "złoty wiek".

Osiągnięcie nie mającego odpowiednika w przeszłości bogactwa, a także wygody życia i wolności jednostki wykształciło powszechną wiarę w wieczny progres. Europejski świat miał się zmieniać tylko na lepsze, dając wszystkim coraz więcej bezpieczeństwa, swobody, szczęścia, chroniąc jednocześnie przed cierpieniem. Stąd w ostatnich dekadach najważniejszą sprawą w dyskursie publicznym stały się de facto sprawy obyczajowe. Po raz pierwszy w dziejach rzeczą kluczową, jaką na swe sztandary wzięły partie i ruchy społeczne było to, by nikt nie czuł się: dyskryminowany, obrażany, czy prześladowany.

Z poziomu mniejszości sprowadzono to nawet do dbałości o samopoczucie pojedynczych osób. Ten kierunek zmian propagowała na tylko lewica, lecz również z coraz większym entuzjazmem partie, określające się jako konserwatywne. W apogeum triumfalnego pochodu politycznej poprawności, tuż przed wybuchem światowego kryzysu w 2008 r. zalecono w brytyjskich szkołach nauczycielom, żeby nie użyli nacechowanych płciowo słów "mama" i "tata".

Ed Balls, minister ds. dzieci, szkół i rodziny w laburzystowskim gabinecie premiera Gordona Browna swoje rozporządzenie uzasadnił stwierdzeniem, iż tradycyjne nazwy rodziców mogą przeszkadzać dzieciom w: "nabraniu większej świadomości, że istnieją pary tej samej płci". Co z kolei rodziło obawy, iż pociechy zaczną wykazywać skłonności do dyskryminowania osób homoseksualnych. Dla społeczeństw takich jak polskie, które nie zaznały bardzo długiego okresu dobrobytu i bezpieczeństwa, cała problematyka politycznej poprawności jest trudnym do ogarnięcia absurdem, niszczącym stare tradycje i normy.

Widok, jak brutalna rzeczywistość bierze górę nad idealistycznymi mrzonkami, może przynieść obserwatorom z Kraju nad Wisłą wiele schadenfreude. Fundamentalnym kłopotem Zachodu jest to, że wieczny postęp i bezpieczeństwo są niemożliwe. Kryzysy i towarzyszące im regresy w dłuższym okresie czasu są zawsze pewnikiem. Jednak karmione wizjami wiecznego szczęścia społeczeństwa konsumpcyjne nie są gotowe na tak bolesną prawdę.

Podobnie jak politycy z partii głównego nurtu (niezależnie czy: socjaliści, chadecy lub konserwatyści) nie są gotowi na zmierzenie się z faktem, iż sprawy obyczajowe są już rzeczą trzeciorzędną. Jak słusznie zauważył klasyk w przypadku ludzkich zbiorowości: "to byt określa świadomość", zaś statystyki są w tym przypadku nieubłagane. Poza nielicznymi wyjątkami, w większości krajów Europy Zachodniej trwa stopniowa pauperyzacja obywateli.

Pomimo odczuwania tego od dawna społeczną frustrację tłumiła nadzieja, iż z czasem znów wszystko zacznie zmieniać się na lepsze. Minęła dekada i nadzieja okazuje się towarem deficytowym w odwrotności do frustracji. Na razie przyniosła ona głosowanie Anglików za Brexitem, coraz gorsze notowania partii głównego nurtu we wszystkich krajach UE i bunt "żółtych kamizelek" we Francji. Proces dekompozycji starego ładu przyspiesza i przenosi na ulice miast, bo bunt jest bardzo zaraźliwy zjawiskiem, kiedy powodów do niezadowolenia przybywa.

Nim minie rok 2019, Polaków może czekać oglądanie skutków desperackich prób Putina przykrycia ekspansją trudności wewnętrznych wielkiej stacji paliw, jaką jest Rosja. Równie widowiskowo będą wyglądać płonące samochody na ulicach zachodnich metropolii. Wynikające stąd dobre samopoczucie, że inni mają coraz gorzej, niestety może popsuć moment, kiedy i Polska oberwie jakimś rykoszetem.