Wszystkie te problemy mają ze sobą coś wspólnego, a mianowicie to, że zasadniczo rzecz biorąc, nie są problemami. Korek jest straszny, kiedy usiłujesz dowieźć rodzącą żonę do szpitala, ale nie wtedy, gdy jedziesz do galerii handlowej po sweterek i pietruszkę. Poza tym może warto zwrócić uwagę na to, że skoro siedzisz w tym korku, to nie idziesz, na dodatek nie musisz sam sobie dziergać sweterka ani podsypywać pietruszki kompostem. Internet, podobnie jak samochód, jest cudem technologicznym, do którego kilkanaście lat temu większość z nas w ogóle jeszcze nie miała dostępu – jak można się zżymać na to, że Zalando ładuje się ciut dłużej? (Tak, ten problem był mój i prawie rzuciłam laptopem o ziemię, kiedy po raz kolejny nie chciało mi się pokazać zdjęcie pożądanych przeze mnie zimowych butów). Nawet się nie zniżę do wyjaśniania, w jaki sposób problem z ikoną dźwięku nie jest realnym problemem – a co do samolotu, wrócę do niego na końcu.

Nie są to więc w żadnym wypadku problemy takie, jak głód w Jemenie czy choćby aresztowania w kontekście afery ze SKOK Wołomin. Niemniej jednak emocje z nimi związane są prawdziwe, silne i bardzo powszechne. To dlatego, że w stosunkowo bogatych społeczeństwach Zachodu, a już na pewno w ich klasie średniej, w pewnym momencie niezauważenie najważniejszą wartością stała się wygoda. Nie zysk, nie jakość, nie etyczna wartość produktu, ale właśnie wygoda. Rozumiem ją niekoniecznie jako wylegiwanie się na gęsim puchu (choć i to nie zaszkodzi), ale jako łatwość obsługi, gładkość działania, prostota procesu, redukcja kroków koniecznych do osiągnięcia celu – w takim sensie, w jakim zalajkowanie postu na Facebooku jest łatwiejsze od odwiedzin u przyjaciela.

Naszym ideałem dzisiaj jest działanie praktycznie niezauważalne; co rzeczywiście powinno być widoczne, to sam jego efekt. Nie wystarczy mi w żadnym razie, że nie muszę sobie sama sprawić butów z foczej skóry, ani nawet to, że mogę zamówić je online zamiast biegać po sklepach – teraz chciałabym jeszcze, żeby strona ładowała się natychmiast, płatność odbyła się za pomocą spojrzenia na telefon, a ja żebym nie musiała czekać na kuriera, tylko by buty spadły mi bezpośrednio na głowę w przeciągu kilku sekund. Co więcej, w głębi duszy uważam, że odmawianie mi tego jest w pewnym sensie nadużyciem, swego rodzaju atakiem, jaki przypuszcza na mnie męcząca rzeczywistość. A czy jeśli te buty faktycznie pojawiłyby się od razu przede mną, byłabym szczęśliwa? Nie, szczęśliwa nie, ale przynajmniej bym się nie zdenerwowała.

Łatwość i wygoda tego typu mają to do siebie, że absorbujemy je jak wysuszone gąbki. Kiedy raz się pojawi, natychmiast staje się częścią wystroju świata i momentalnie przestajemy ją zauważać. Witamy ją nie jak dar czy prezent. Witamy ją tak, jak się wita brakującą część układanki, która natychmiast staje się częścią obrazu – i nie potrafimy już sobie wyobrazić życia bez niej.

Ta wygoda ma dziś przede wszystkim wymiar mikro. Nie wymyślamy koła, żeby w ogóle móc się przemieszczać – wymyślamy szlif krawędzi koła, który zapewni nam cichszą o 0,02 decybela podróż wozem. A nade wszystko wygoda ta ma u nas wymiar technologiczny. Kiedy pojawia się w naszym życiu iPhone, zachwyt nad tym, że możemy sprawdzić e-maila na mieście szybko jest zastąpiony nerwicą z powodu kiepskiego działania Siri. Kiedy Apple przerzucił się na symetryczną końcówkę ładowarki, którą można włożyć do telefonu bez ryzyka, że pcha się ją w złą stronę, nasza euforia trwa dokładnie kilka minut, a potem wszyscy dochodzimy do wniosku, że oto otrzymaliśmy coś, co nam się już dawno należało, i nie poświęcamy temu żadnej myśli.

Deprywacja w obliczu mikrowygody staje się dla nas zaskakująco i nieproporcjonalnie trudna. Oto przykład: miałam okazję pojeździć przez kilka dni samochodem z HUD – takim, który ważne informacje, w rodzaju prędkości i konieczności skrętu, wyświetla kierowcy u dołu szyby, nie trzeba więc, jak prehistoryczna małpa, zniżać głowy, żeby spojrzeć na licznik – i powrót do mojej smutnej, małej toyoty był jak powrót do XIV w.; już chciałam założyć chomąto i sama zacząć ją ciągnąć przez pole.

Niegdyś matką wynalazku była potrzeba – dziś została oddelegowana do roli jego ciotecznej prababki, a rola matki przypadła wygodzie. Monopole starej daty – te, które dostarczały energię czy budowały maszyny – ustąpiły miejsca takim, które potrafią uczynić się niewidzialnymi w użytkowaniu, a przez to niezbędnymi; takimi, których porzucenie jest nie do pomyślenia. Najlepszym przykładem jest tu Amazon, którego sukces polega nie na tym, że oferuje produkty lepsze niż konkurencja – są to zresztą w większości dokładnie te same produkty – ale przede wszystkim na tym, że wszystkie te produkty są zgromadzone w jednym miejscu; że sztuczna inteligencja na podstawie historii twych zakupów potrafi ci wysunąć „na przód półki” rzeczy, które faktycznie chcesz kupić, że paczki są dostarczane do twojego domu szybko i bezboleśnie (w Polsce wciąż jeszcze próbujemy się łapać z kurierem – w Stanach paczki po prostu lądują nam na progu, więc zakupy są jeszcze łatwiejsze), a nade wszystko z powodu funkcji „Buy with one click” (kup jednym kliknięciem). Zakupy nie wymagają więc wpisywania numeru karty albo robienia przelewu; „żmudnego” wpisywania ulicy i numeru domu, potwierdzania chęci kupna itp., a jedynie dotknięcia ekranu. Wszystkie opcje – adresowa, dostarczeniowa, płatnicza – są zautomatyzowane, co momentalnie stało się dla nas domyślną sytuacją zakupową i sprawiło, że każdy dżul energii wydanej ponad to kliknięcie jest dla nas zamachem na prawa człowieka.

Dlatego też tak wiele firm – od Ubera przez Google’a po Facebooka – gros energii ładuje w intuicyjność, niezauważalność, gładkość interfejsu. Żaden klient nie chce dziś być średniowiecznym mnichem, który musi wydzwaniać po taksówkę czy klikać na nazwisko znajomego, by zobaczyć, co u niego słychać. Wszystko ma się dziać samo; jeden dotyk to maksimum energii, jaką możemy poświęcić na te kwestie i pozostać zadowolonymi.

Nasz system, którego rdzeniem jest kapitalizm, był dotąd zasilany chciwością: producent zakładał biznes, bo chciał zarobić; klient kupował, bo potrzebował i mu się opłacało. Chciwość (lub ładniej: pożądanie zysku) oczywiście wciąż ma się całkiem nieźle, ale emocja sterująca popytem się zmieniła. Najtańszy produkt powoli ustępuje najwygodniejszemu, etyczny produkt ustępuje wygodnemu, produkt zapewniający prywatność i dyskrecję ląduje na bruku, bo ważniejszy jest produkt łatwy i wygodny. Produkt lepszy to teraz po prostu tyle, co produkt, z którym jest nam znacząco łatwiej.

Ten proces stopniowej fetyszyzacji łatwości operuje w cieniu. Większość ludzi zapytana, jakie wartości się dla nich liczą, o niej nie wspomni – a jeśli już, to umieści ją na jakimś dalekim miejscu. Wzorce użytkowania jednak zaprzeczają ich słowom. Obracam się w kręgach dość wrażliwych społecznie, które unisono potępiają praktyki korporacyjne Ubera – i niemal bez wyjątku go używają. Dlaczego? Wytłumaczeniem jest zawsze nie tyle cena, co wygoda. Uber przyjedzie szybciej, aplikacji używa się łatwo i przyjemnie, wiadomo, gdzie jest kierowca, w Anglii też działa itp., itd. Podobnie z Amazonem – w „The New York Times” niedawno pojawił się artykuł pod tytułem „Hate Amazon? Try Living Without It” (Nienawidzisz Amazona? Spróbuj żyć bez niego), w którym autorka Nona Aronowitz pisze o problemie rodzinnym: nie są w stanie przedłożyć świadomości społecznej nad używanie „sklepu ze wszystkim”. Jej ojciec, były profesor uniwersytetu, a wcześniej namiętny działacz związkowy, wciąż korzysta z wygód Amazona, mimo że „Każdy jednoklikowy zakup jest jak kolejna maleńka zdrada jego przeszłości; jak okrutne przypomnienie, że dziś jest zależny od monopolistycznej korporacji o obrzydliwych praktykach pracy”. Siostra, „liberałka o krwawiącym sercu”, która przechodziła ciężką chorobę, też zwróciła się do Amazona, by kupować rzeczy potrzebne i czynić sobie małe przyjemności. „Nie mogłam myśleć o niczym innym, tylko o tym, żeby poczuć się trochę lepiej – powiedziała autorce. – Przestałam myśleć globalnie”. Jeden klik wygrywa z wieloma klikami, chociaż ten jeden symbolizuje wyzysk, a te drugie mają za sobą etykę pracy. W świecie, w którym przestrzeń budujemy sobie z tysiąca małych wygód, trudno w ogóle zachować globalną perspektywę – można w imię praw pracowniczych udać się po książkę do księgarni, ale o ileż łatwiej ściągnąć ją na Kindle’a; można ograniczyć ślad węglowy, idąc na piechotę do sklepu i nosząc siaty, ale przecież o ile szybciej zamówić dostawę od Frisco.

Niegdyś matką wynalazku była potrzeba – dziś została oddelegowana do roli jego ciotecznej prababki, a rola matki przypadła wygodzie

Tim Wu, profesor prawa z Uniwersytetu Columbia, wygodą tłumaczy m.in. niechęć młodych ludzi do głosowania w USA. „Kiedy zadanie za zadaniem staje się łatwiejsze, rosnące oczekiwanie wygody wywiera presję na wszystko inne: bądź łatwy albo przepadnij. Jesteśmy rozpuszczeni natychmiastowością i denerwują nas zadania na starym poziomie wysiłku i poświęconego czasu. Jeśli zawsze możesz obejść kolejkę i kupić bilety na koncert online, czekanie na swoją kolej w głosowaniu jest irytujące” – pisał jakiś czas temu w „The New York Times”. I dodaje: „Kiedy doświadczyłeś streamingu programów, czekanie na swój program o konkretnej godzinie wydaje się głupie, jeśli nie wręcz nieco niegodne. Opieranie się wygodzie – nie mieć telefonu, nie używać Google’a – wymaga teraz wyjątkowego poświęcenia, które jest uznawane za ekscentryzm, jeśli nie fanatyzm”.

Nie byłoby może w tym nic zdrożnego – w końcu ludzkość od zarania próbuje usprawnić masę procesów, co ma też swoje świetne strony, np. właśnie wynalezienie koła czy pralki automatycznej; poza tym przynajmniej przez chwilę po wynalezieniu jakiegoś „ułatwiacza”, zanim zdążymy wypełnić zyskany czas pracą, dostajemy więcej chwil na odpoczynek. Kiedy jednak wygoda staje się taka, jak w epoce Big Tech, kiedy nie chodzi w niej o to, by ulżyć rzeczywistym fizycznym zmaganiom, ale o to, żeby mniej klikać i nie przechodzić na drugą stronę ulicy po zakupy, pojawia się kilka ważnych problemów.

Po pierwsze, w świecie technologicznym wygoda nie powstaje w próżni. Aby osiągnąć pożądany stopień łatwości i wygody, by móc ci pokazywać tylko to, co chcesz zobaczyć, taki Facebook czy Amazon muszą poddawać nas wszystkich nieustannej, masowej inwigilacji. Na poziomie obsługi ekranu sam użytkownik przecież nie rozumie, jak działają mechanizmy jego własnej wygody – doprawdy, nie ma pojęcia, czy przesunięcie ikony z wiadomościami nieco na lewo uczyni jego życie lepszym, a Facebooka bardziej w jego życiu pożądanym. Taki ruch wymaga analizy ogromnej liczby zachowań ludzkich i jest pierwszym przyczynkiem do chciwego zasysania danych z naszych działań (które potem służą także zarabianiu przez reklamy). Jesteśmy z technologią w wiecznym sprzężeniu zwrotnym, gdzie oferowana przez nią wygoda zwiększa nasze w nią zaangażowanie, co z kolei dostarcza większej liczby danych, dzięki którym produkt może stać się jeszcze wygodniejszy. Taki proces prowadzi do monopolizacji platform, produktów, urządzeń.

Po drugie, ponieważ wygoda uzależnia toksyczniej od zysku, owe monopole w miarę, gdy rosną w siłę, pozyskują też w nas coraz wierniejszych klientów. Siłą owych monopoli jest właśnie ta niezauważalność, która płynie z możliwości analizy masy użytkowników – a więc tak powstałe monopole są, w miarę upływu czasu, coraz bardziej nienaruszalne; ich siła (łatwość użytkowania) jest wspomagana przez długość ich działania, która stanowi o ich niezbędności.

Po trzecie, ponieważ monopole te wiedzą o nas wszystko (pozwoliliśmy im, by mieć wygodniej) i teraz trzymają nas za gardło uzależnieniem od ich łatwości użycia, stają się narzędziem niebezpiecznym na wielu poziomach. Co jeszcze oddamy dla wygody? Prywatność, decyzyjność, związane z konsumpcją przekonania moralne, krytyczne traktowanie źródeł informacji – to tylko niektóre z rzeczy, które, jak się okazuje, sprzedamy komukolwiek za redukcję kliknięć z pięciu do jednego. Powstaje więc narzędzie o niespotykanym potencjale inwigilacyjno-manipulacyjnym.

Po czwarte, ponieważ pożądana przez nas łatwość wymaga od monopoli technologicznych kolekcjonowania ogromnej liczby danych i „podziemnego”, niewidocznego dla nas ich centralnego przetwarzania, ten proces może w konsekwencji doprowadzić – jak pisze Yuval Noah Harari w swojej nowej książce „21 lekcji na XXI wiek” – do śmierci systemu demokratycznego. Harari twierdzi, że rozwojowy prymat demokracji nad zcentralizowanymi dyktaturami nie był nigdy prymatem stricte moralnym, ale był funkcją tego, że demokracja w świecie XX-wiecznej technologii po prostu lepiej przetwarzała informacje. Ponieważ wiedza była nie do zebrania w jednym miejscu, nigdy nie dało się podejmować równie dobrych decyzji centralnie, co zbiorowo. Ale nowa technologia to zmienia – jeśli ktoś ma w ręku masę danych i zaawansowane komputery, może przetworzyć informacje lepiej, szybciej i bardziej wydajnie niż dowolne zgromadzenie na Agorze.

„Teraz – pisze Harari – wielu z nas chętnie oddaje swoje najcenniejsze dobra – nasze dane – za dobry i darmowy serwis e-mailowy i możliwość oglądania fajnych filmików z kotami. Ale kiedy w przyszłości zwykli ludzie będą chcieli zatrzymać przepływ danych, mogą mieć problem – głównie dlatego, że zaczną polegać na technologii w podejmowaniu wszelkich decyzji i zawierzą jej swoje zdrowie i fizyczne przetrwanie”. Według Harariego owa łatwość i wygoda, ze względu na którą oddajemy tak chętnie nasze dane, produkuje w rezultacie człowieka udomowionego, niezdolnego do myślenia (wygodniej korzystać z Google’a), decyzji nawet w sprawie własnej rozrywki (Netflix poleca lepiej niż kolega) czy do orientacji w przestrzeni (o ile łatwiej jest polegać na Waze czy Google Maps). Jaką motywację może mieć udomowiony wygodą człowiek do tego, by zerwać się ze smyczy? Może by się i zerwał, gdyby dało się to zrobić jednym kliknięciem.

Klient nie chce dziś być mnichem, który musi wydzwaniać po taksówkę czy klikać na nazwisko znajomego, by zobaczyć, co u niego słychać. Wszystko ma się dziać samo

Tim Wu pisze dalej w swoim eseju: „Dzisiejszy kult wygody nie bierze pod uwagę tego, że to trudności są konstytutywną częścią ludzkiego doświadczenia. Łatwość to cel bez podróży. Ale wspinanie się na górę to co innego niż wjazd na nią tramwajem, nawet jeśli kończysz w tym samym miejscu”.

Innymi słowy, może czasem warto utrudnić sobie życie – zapomnieć telefonu, nie użyć GPS-u, samemu pójść po zakupy, zamiast zamawiać je jednym klikiem. A udogodnienia traktować świadomie, nie przyzwyczajać się do nich; zarazem podziwiać je i zachowywać swoją odrębność. I jeśli następnym razem ktoś będzie narzekał, że spóźnienie samolotu zrujnowało mu dzień, może warto mu puścić stand-up komika Louisa CK, który co prawda zniknął z horyzontu zmieciony ruchem #MeToo, ale w tej sprawie raczej się nie mylił.

„Ludzie w samolotach – mówi Louis CK – narzekają. Wysiadają z samolotu i przychodzą do twojego domu, żeby opowiedzieć o swoich doświadczeniach. I brzmią, jakby wysiedli z cholernego wagonu bydlęcego w Polsce lat 40. Mówią: «Najgorszy dzień mojego życia. Kazali nam czekać 40 minut przed pasem startowym»… to jest, k…, niedola w tym kraju. (…) I ludzie słuchają. Przerywają mycie naczyń, odwracają się i mówią: «Boże, serio? 40 minut? To koszmar! Pozwij ich». «Musiałem siedzieć tam 40 minut». Dobra, a powiedz, co się potem stało? Czy pofrunąłeś przez powietrze jak ptak? Niesamowicie? Czy wzbiłeś się ponad chmury? Niewiarygodnie? Czy brałeś udział w cudzie ludzkiego lotu? (…) Jak śmiesz, narzekać na latanie. «Musiałem zapłacić za kanapkę». Ale LECISZ! Siedzisz na krześle w niebie! Jesteś jak grecki mit! «Miałem mało miejsca na nogi»… Bracia Wright by nas skopali w krocze, gdyby to słyszeli. Jakbyś się cofnął w czasie i powiedział Orvillowi Wrightowi: «Siedziałem tam 40 minut», na pewno by machnął ręką i powiedział: «Ech, w takim razie zostawmy to Wendell, nie ma co się spinać»…”.

A my za to spinajmy się trochę więcej – jeśli chcemy zachować żywy umysł, samowystarczalność i resztki demokracji.