Według polityka PiS z centrali partii na Nowogrodzkiej, Morawiecki chciał pójść dalej. Miał zamiar wykonać jakiś przepraszający gest wobec opozycji – za zbyt ostry język. Ba, chciał go skierować pod adresem polityków PSL, którzy mieli być zaproszeni na uroczystości ku czci Witosa. Rokroczna obecność liderów PiS w Wierzchosławicach była odbierana przez ludowców jako część akcji odbierania im elektoratu.

Jednak Solidarność Rolników Indywidualnych miała zaprosić PSL-owskich gości, a tego nie zrobiła. A z Nowogrodzkiej nadszedł sygnał: premier ma nikogo za nic nie przepraszać. Morawiecki się zastosował.

Ta historia pokazuje, jak wąski jest margines swobody szefa rządu w kreśleniu własnej linii. Zarazem to część większej całości. Morawiecki od dawna skarżył się Kaczyńskiemu na język telewizji publicznej. Uważał, że rządowi wystarczy pozytywna propaganda, a nagonki na przeciwników raczej szkodzą.

Nic dziwnego, że kiedy dzień po śmierci Adamowicza kierownictwo PiS, a potem koalicji zajęło się i tematem TVP, to Morawieckiemu przypisano powrót do wątku dymisji Jacka Kurskiego. Choć podobno kwestię poruszał przede wszystkim Jarosław Gowin. Premier był dość pasywny. Ale jego współpracownicy nie szczędzą linii TVP cierpkich uwag.

Jeszcze dalej posunął się prezydent Duda, pozwalając swojemu rzecznikowi prasowemu odciąć się od mediów publicznych. Ba, Pałac Prezydencki wysłał sygnał o gotowości zawetowania ustawowego przyznania TVP dodatkowych funduszów.

Kaczyński tradycyjnie bronił Kurskiego argumentem, że jego propaganda – może toporna, jest skuteczna. To miało wynikać z sondaży. W rzeczywistości prezes PiS lubił tę propagandę. Dawała mu satysfakcję, była odwetem na jego odwiecznych wrogach. Tym razem lider użył bardziej zachowawczego argumentu: zmiany w TVP byłyby przyznaniem się do winy. Możliwe, że pierwsze sondaże, niewykazujące znaczących spadków poparcia dla partii rządzącej, wzmocnią jeszcze to przekonanie Kaczyńskiego – żeby za bardzo się nie cofać. Wystarczyć mają te gesty, które PiS wykonał.

Innym argumentem jest strategia opozycji, przede wszystkim Platformy Obywatelskiej, która nie czekając na ustalenia śledztwa w sprawie zabójstwa Pawła Adamowicza, buduje kampanię na oskarżeniach pod adresem PiS. Grzegorz Schetyna (autor słów o "pisowskiej szarańczy") po mszy pogrzebowej powiedział w Gdańsku, że nie bierze wezwań do wyrzeczenia się nienawiści do siebie. A jego partyjni koledzy rozbiegli się po mediach, aby opowiadać, że prezydenta zabiła "atmosfera".

To utwierdza w PiS odruch: ani kroku w tył. Przejawem tego była, zdaje się, obawa Kaczyńskiego przed pojawieniem się na sali sejmowej w momencie uczczenia pamięci Adamowicza (spodziewał się ataku Schetyny) czy nieobecność na pogrzebie. Przecież prezydenta i premiera posadzono w piątym rzędzie. Pomysł, aby zacisnąć zęby i uderzyć w pokorę, nie jest w stylu prezesa.

Oczywiście są kontrargumenty. Korekta w polityce TVP (dymisja Kurskiego to tylko jej symbol) mogła być przedstawiona jako reakcja nie na to, co stacja ta nadawała przed zabójstwem Adamowicza, a na to, jak na nie zareagowała. Dowiodła zaś kompletnej nieelastyczności – bijąc już pierwszego dnia w PO wedle utartego schematu, choć nawet opozycyjny TVN wystrzegał się zaraz po śmierci prezydenta Gdańska atakowania kogokolwiek.

Pomińmy konkluzję, że utrzymanie jątrzącej propagandy jest po prostu złe dla Polski. Ale ta nieelastyczność to zły znak dla PiS. Mord na Adamowiczu pogrzebał ostatecznie pomysł, aby zarządzić wcześniejsze wybory do parlamentu. Pozostaje więc niekorzystny kalendarz: z wyborami europejskimi wiosną, a sejmowymi jesienią. Agresywna TVP będzie dodatkowo mobilizować przeciw prawicy elektorat wielkomiejski, podobnie jak dominująca w tej kampanii tematyka europejska. Nie ma już mowy o odzyskiwaniu wyborców z tego segmentu. Czy prawica nie przegra wiosennych wyborów minimalnie, co stanie się samospełniającą przepowiednią przed główną próbą? A wtedy szkodzić może każda niezręczność.

Może więc korekta w TVP ma nastąpić nieco później, nie pod presją? Tego nie wiemy. Gdy dodać zjawisko odłożonych w czasie zmian w świadomości wyborców, optymizm zwolenników twardego kursu w PiS jest przedwczesny. Jednak premier może się obawiać raczej wykopania między nim a Kaczyńskim nowych rowów. Politycy "starego PiS" i tak kopią pod nim dołki.

PiS mógłby nawet odnosić korzyści z podziału ról między twardszym liderem a bardziej miękkim szefem rządu. Tyle że Kaczyński zawsze się obawiał wyrośnięcia w swoim obozie popularnych polityków, mających lepszy kontakt ze światem zewnętrznym niż on sam. W cenie jest twardość. Ostatnio chwalony jest za nią wicepremier Piotr Gliński, a nie Morawiecki. Nikt oczywiście premiera przed wyborami nie wymieni. Ale mogą go czekać kłopoty z forsowaniem różnych decyzji.