Robert Mazurek: Są mody na artystów, prawda?

Rafał Kamecki (ekspert ds. rynku sztuki): Zdecydowanie, teraz jesteśmy zdumieni falą chętnych na Edwarda Dwurnika. Po jego śmierci obserwujemy niesamowite zainteresowanie jego pracami. Oczywiście on zawsze był obecny w galeriach i na aukcjach, ale to, co się dzieje teraz, przechodzi ludzkie pojęcie.

Sądząc po tym, co się sprzedaje, to rzucili się na niego chyba mniej wyrobieni nabywcy?

Właśnie chciałem o tym powiedzieć. Wymiecione są wszystkie "Tulipany" czy te najbardziej znane prace, te z cyklu "Podróż autostopem". Te trudniejsze, choćby z cyklu "Sportowcy", sprzedają się dobrze, ale tu już amoku nie ma.

Widziałem niesamowitych "Chrystusów" za bardzo rozsądne pieniądze. Ich się moda nie ima?

Bo taką pracę trudniej powiesić w salonie. Nie każdy potrafi powiesić coś agresywnego, czasami wręcz ordynarnego w temacie.

Piotr Gliński potrafi. Strasznie mu zazdroszczę jego monumentalnego Dwurnika.

No właśnie, ale to jednak nieczęste, choć to chyba jego najlepsze prace.

W polskich domach zawsze coś wisiało na ścianie, u mieszczan landszafty, na wsi święci, a teraz klasa średnia sztukę kupuje w Ikei.

No niestety, ma pan rację. Są eksperci, którzy dowodzą, że w zasadzie Polacy nigdy nie interesowali się sztuką, a szlachta zawieszała gobeliny na ścianach z powodów izolacyjnych, nie dekoracyjnych. W domach zbierano rzemiosło: szable, broń, kielichy, a nie sztukę. Nie byliśmy narodem zafascynowanym malarstwem i nie mamy tych tradycji.

Dlatego Polacy albo mają w domu dwie, trzy reprodukcje, albo od razu są poważnymi kolekcjonerami, którzy mają dużo więcej, niż mogą pokazać. Nic pośrodku.

To się bardzo powoli, ale jednak zmienia, na aukcje i do galerii trafiają nowi klienci, widzę bardzo wielu lekarzy, ale są też prawnicy, ludzie z biznesu. I to będzie postępować.

Lekarze będą kupować obrazy?

Będą. Zasadniczo sztukę kupują ludzie, którzy są nią zafascynowani, i tak jest na całym świecie, lecz pojawia się grono tych, którzy już mają wszystkie niezbędne im dobra i potrzebują czegoś wyjątkowego, czegoś, co daje im więcej emocji, inwestują więc w sztukę.

Są tacy, którzy po prostu inwestują? Ma się im zwrócić za kilka lat i tyle.

Tak, ale wtedy namawiam, by kupowali to, co im się podoba.

Bo jeśli nawet nie zarobią, to przynajmniej będą mieli coś ładnego?

Właśnie tak. I wie pan, że z tego grona często rekrutują się później kolekcjonerzy. Dzwonimy czasem do takiego inwestora, pytając, czy nie zechciałby sprzedać swojej pracy, i ku naszemu zdumieniu w 80–90 proc. słyszymy, że nie, bo się spodobało, albo odpowiadają, że jeszcze poczekają.