Magdalena Rigamonti: O sobie pan też teraz mówi?

Władysław Teofil Bartoszewski*: Pracowałem w Rosji i na Ukrainie przez siedem lat. I nikt mnie nigdy nie oszukał. A wiem, że kręcili się różni. Rosjanie wiedzieli, kim jest mój ojciec. I szanowali go jako twardego antykomunistę. Bardziej nawet niż naszych polityków z komunistyczną przeszłością.

O Aleksandrze Kwaśniewskim, o Leszku Millerze pan mówi?

Bez nazwisk. Rosjanie traktowali polskich polityków z komunistyczną przeszłością jak popychadła. W pewnym sensie to było namaszczenie, ponieważ ojciec zaryzykował swoją reputację, swoją pozycję, wpuszczając mnie w sferę publiczną. Pamiętam, jak wiele lat później był wściekły, kiedy musiałem odejść z MSZ. Wtedy ministrem została Anna Fotyga. Była wyjątkowo podejrzliwa wobec wszystkiego i wszystkich.

Przed chwilą pan mówił, że ceni podejrzliwość.

Ale nie chorobliwą. Minister Fotyga zakładała, że skoro odziedziczyła resort po Mellerze, Geremku i innych, to wszyscy będą jej w tym miejscu szkodzić. W związku z tym nie ufała żadnemu dyplomacie w MSZ. Jeśli nie znajdowała żadnych uchybień w pracy urzędnika, przyjmowała, że po prostu ten lepiej się kamufluje i trzeba go sprawdzać, kopać pod nim. To było nie do wytrzymania. Czułem, że nie mam w resorcie żadnej przyszłości i odszedłem. Ojciec był wściekły na minister Fotygę.

Powiedział jej to?

Nigdy z nią nie rozmawiał.

Tak nią pogardzał?

Nie. Powiedział, że nie będzie się o kobiecie wyrażał w sposób niedyplomatyczny. Ale co myślał, to myślał. Co mówił prywatnie, to mówił.

*Władysław Teofil Bartoszewski to kandydat PSL w wyborach europejskich oraz syn śp. Władysława Bartoszewskiego