- Jeden dzień byłem uczestnikiem obrad Okrągłego Stołu, a dokładniej podzespołu ds. młodzieży, którym kierował Leszek Miller. Wówczas był to działacz szorstki i twardy, mniej demokratyczny niż np. Aleksander Kwaśniewski. A ja miałem wtedy odwagę powiedzieć w imieniu zarządu krajowego Akademickiego Związku Młodzieży Wiejskiej, że chcemy legalizacji NZS bez żadnych partyjnych zastrzeżeń. Nawet udzieliłem małego wywiadu reporterowi Teleexpressu. Wróciłem do domu, z dumą oznajmiłem matce, że będę w telewizji. Oczywiście, nie puszczono mojej wypowiedzi. A następnego dnia dowiedziałem się, że na moje miejsce został już wyznaczony inny delegat – opowiada Janusz Piechociński.

Mógłby więc patrzeć na wydarzenia 1989 r. mocno niechętnie. - Jednak zawsze miałem świadomość niebezpiecznego alternatywnego scenariusza. Wynosić partyjnych działaczy siłą? Zdobywać kolejne przyczółki kosztem zabitych i rannych? – pyta. Przekonuje, że nie można mierzyć tamtych czasów dzisiejszymi termometrami. - Nie mieliśmy pewności, co zrobią Sowieci. Wejdą, nie wejdą? Czy gdzieś poza naszymi granicami zostało już ustalone, że Polska zmienia patrona i nie będzie powtórki z Budapesztu 1956 r.?

Okrągły Stół i późniejsze czerwcowe wybory postrzegał przez pryzmat wcześniejszych zdarzeń. Choćby 3 maja 1982 r. w Warszawie. Razem z innymi kolegami stał naprzeciwko ZOMO. Był zarośnięty, nosił długie do ramion włosy, wyciągnięty sweter i znoszone dżinsy. Na spotkaniach, które poprzedzały strajki, wygłaszał radykalne tezy. Ale wiedział również, że nie można po prostu dać się sprowokować. - PRL toczyła zgnilizna. Gdy ujawniono zbrodnię popełnioną na ks. Popiełuszce było wiadomo, że władza straciła resztki moralności. Byłem na pogrzebie ks. Jerzego. Słyszałem, jak ludzie zadawali sobie pytanie: dlaczego tak daleko to poszło? – wspomina.

Kraj dogorywał również gospodarczo. On ma w pamięci 1985 r. w rodzinnej Nowej Iwicznej. - Ojciec pomógł mi kupić działkę, zacząłem budowę domu. To miał być mój start w dorosłość - mówi. W warunkach totalnego niedoboru sam kopał fundamenty, wylewał beton, stał w upokarzających kolejkach po cement. – Kiedyś całą noc spędziłem pod GS w Piasecznie. Nad ranem okazało się, że jestem ósmy do lady. Trzęsę się, jak cholera, z zimna i niewyspania. W końcu sklepowa każe pokazać dowód osobisty, zagląda w papiery i zaczyna krzyczeć: „Jest rejonizacja! GS Raszyn dla pana. Pan jesteś z Nowej Iwicznej, się nie należy”. Gdy ludzie usłyszeli, że chciałem im „zwinąć” pół tony cementu, mało mnie nie zlinczowali. Wróciłem z niczym, a murarz zakomunikował, że schodzi z budowy, bo nie ma czego wrzucić do betoniarki.

Dom w końcu powstał, ale do dziś nie ma w stropie teowników. Zamiast nich są kolejowe szyny, bo tylko one były do zdobycia. A Janusz Piechociński dostał wezwanie do urzędu skarbowego. Okazało się, że są na niego donosy. Jak to może być, że student III roku dom buduje?

4 czerwca 1989 r. miał 29 lat. - Wykreśliłem z wściekłością listę krajową, ominąłem Mikołaja Kozakiewicza i Adama Zielińskiego. Cieszyłem się też, że w pierwszej turze przegrali starsi działacze ZSL. W politykę zaangażowałem się szczególnie mocno przed drugą turą. Współtworzyłem komitet wyborczy, który wspierał młodych, m.in. Waldka Pawlaka - mówi. Podkreśla, że wszyscy w napięciu czekali na to, co się wydarzy. I, jeśli wierzyć ówczesnym wynikom, działy się rzeczy niemożliwe. Nawet przy ambasadzie w Moskwie „Solidarność” wygrała z PZPR.

Potem przyszedł 1990 r., rząd Mazowieckiego. Początkowa euforia ustąpiła miejsca smutnej rzeczywistości. Umierały PGR-y, upadały fabryki, ludzie tracili pracę. 6 tys. bezdomnych Polaków w Berlinie, podobnie w Paryżu, wylicza. Bilans pierwszych lat polskiej demokracji jest tragiczny. - 4 czerwca jest symbolem, ale do tego, co się wydarzyło potem dorastaliśmy powoli. Byliśmy krajem bez technologii, kapitału, wyniszczonym sankcjami nałożonymi przez USA po 1981 r. Byliśmy też naiwni, bez doświadczenia. Przyjeżdżał do nas Zachód i bajki opowiadał. A my pierwsze prywatyzacje robiliśmy w totalnie nieprzemyślany sposób. Tak się stało m.in. z Polleną Nowy Dwór Mazowiecki. Została sprzedana taniej niż wynosiły zapasy zgromadzone w fabrycznym magazynie – dodaje Janusz Piechociński.

Posłem na Sejm został dwa lata po czerwcowych wyborach. – Dopiero niedawno postanowiłem, że do wielkiej polityki już nie wrócę. Nie zniósłbym myśli, że zasiadam w jednej sali plenarnej z prokuratorem stanu wojennego. Tym, co dziś śmie krzyczeć: „precz z komuną!”. Pod koniec lat 80. bez nadmiernego stygmatyzowania i wyzwisk łatwiej nam było sformułować wspólny cel - mówi. A teraz? - Używamy tych samych słów, które, cholera, przestały znaczyć to samo dla wszystkich. Cynizm wylewa się z głów i zatruwa dusze. A pisał poeta: „Lecz narodu duch otruty - to dopiero bólów ból”.