Wystarczyła jedna prowokacja Greenpeace, by obnażyć merytoryczne braki wśród parlamentarzystów, którzy w kwestii ekologii dalej okazują się być jak dzieci w (smogowej) mgle. Punktem zapalnym okazały się dwie czarne płachty z napisem "Polska bez węgla 2030", które aktywiści rozwiesili przedwczoraj na siedzibach największych konkurencyjnych ugrupowań. I to jedno hasło wystarczyło, by zaczął się festiwal antywęglowego prześcigania się w zapowiedziach wyciągania Polski z kryzysu. Nieważne, o jakim kryzysie mowa. Ważne, żeby mówili.

Niestety, wyszło jak zwykle. Wszyscy chcieli dobrze, ale jedni i drudzy polegli wizerunkowo. Smutne, gdy tak niewiele potrzeba, by strzelić sobie w stopę. I przewrotna lekcja, jak próbując zbierać sojuszników wśród wrażliwego na losy planety elektoratu, zamiast się do niego przymilić, w praktyce można go do siebie zrazić.

Najpierw spudłowali politycy PO. Pochwalili się na Twitterze, że przywitali strudzonych aktywistów Greenpeace’u herbatą (czego rzekomo nie zrobili politycy PiS – a więc punkt dla PO). To koniunkturalne, ale jeszcze nie zawstydzające. Dalej było jednak gorzej. Politycy opozycji wyrazili bowiem swoje żywe poparcie dla odchodzenia od węgla, tylko że… wcale nie w energetyce, jak postulowali to ekolodzy, tylko w użytku domowym. Co za różnica, możecie powiedzieć? Ano taka, że spalanie węgla w elektrowniach emituje minimalne ilości pyłów odpowiedzialnych za powstawanie smogu. Katastrofalnie przyczynia się jednak do emisji dwutlenku węgla. I na to dali się politycy partii opozycyjnej złapać.

Dotkliwie minęli się też z prawdą politycy partii rządzącej. Wpadli w tę samą smogową pułapkę. "Ciekawe, dlaczego Greenpeace nie protestował w ten sposób za rządów PO-PSL, a robi to dziś, mimo iż rząd PiS to pierwszy rząd, który poważnie zajął się tematem smogu?" – odpowiedziała jedna z polityczek tej partii. Aktywiści Greenpeace byli bezwzględni. Wytknęli, że celem akcji było zwrócenie uwagi na bezczynność polityków w sprawie zmian klimatu i nadmiernej emisji dwutlenku węgla przez energetykę opartą na paliwach kopalnych. Oraz że ani w jednej sprawie, ani wywołanej przez nich kwestii smogu, rząd nie ma się czym pochwalić.

Choć nie podzielam wielu postulatów tej organizacji, to ma ona rację, pisząc, że do tej pory tematem zmian klimatu nikt nie zajmował się na poważnie. Jedynym ugrupowaniem, które zdaje się minimalnie chociaż rozumieć problem, jest Wiosna Roberta Biedronia. Przy czym ich postulat odejścia od węgla najpóźniej w 2035 r. jest – zdaniem wielu ekspertów – nierealistyczny. A do tego rzucony lekkomyślnie. Bo jeszcze przez kilka lat nikt nie powie głośno "sprawdzam". Mimo najlepszych wysiłków nie zanosi się bowiem, by partia ta miała już wkrótce rządzić samodzielnie i móc owo obiecywane wygaszanie węgla rozpocząć, a także doprowadzić do końca. Nie odmawiając więc nikomu dobrych intencji, to dość wygodna pozycja, by postulować tak radykalne zmiany.

Poza groteskowością tej sytuacji morał z tej historii jest jednak smutny. Świadczy bowiem o tym, że tak duże wyzwanie, jakim są zmiany klimatyczne, wciąż pozostaje w umysłach polityków abstrakcyjnym pojęciem. Z sukcesu mogą się co najwyżej cieszyć aktywiści z alarmów smogowych. Widać, że ich nieustanna kampania dotycząca zanieczyszczeń powietrza i nieustępliwe bicie na trwogę przyniosły rezultaty: w umysłach polityków zaświtało już, że węgiel = smog. Ale jest to pyrrusowe zwycięstwo. A przy tym świadectwo, że dotychczasowa narracja ekologów, którzy chcą przeciwdziałać klimatycznej katastrofie, się nie sprawdziła. Co jest tym bardziej rozczarowujące, że raportów, badań, kampanii informacyjnych, oddolnych akcji, protestów i medialnych sensacji nie było wcale mało. Beton kruszy się zbyt powoli. Może potrzebna jest więc zmiana kursu?