Nikt chyba nie ma wątpliwości, że prowadząc własną firmę, ponosi się o wiele większe ryzyko, niż pracując na etacie. Choćby z tego względu przedsiębiorca nie może być obciążony takimi samymi daninami jak pracownik. Problem z polskim indywidualnym przedsiębiorcą nie polega na tym, że państwo oferuje mu mały ZUS czy liniowy PIT, tylko na tym, że bardzo łatwo ubrać pracownika w szaty przedsiębiorcy, by powierzając mu tę samą pracę, co jego koledze zza biurka obok, zmniejszyć sobie koszty zatrudnienia. A jego przy okazji pozbawić wielu praw pracowniczych. Kłopot też w tym, że dzięki łatwości samozatrudnienia najwięcej zarabiający specjaliści sami z siebie mogą przybierać przedsiębiorcze pozy i korzystać z 19-proc. liniowej stawki PIT i ryczałtowych składek emerytalnych.

To, że bez przeszkód można dziś prowadzić fikcyjną działalność gospodarczą, służy gnębieniu słabych: najłatwiej na samozatrudnienie wypchnąć dziś młodych, wchodzących na rynek pracy, o słabej jeszcze pozycji przetargowej. Krzywda, jaką się im w ten sposób wyrządza, to przede wszystkim niższy kapitał, jaki będą w stanie odłożyć na emeryturę. System hołubi zaś silnych: pracodawcom pozwala zmniejszać koszty i przerzucać część ryzyka działalności gospodarczej na swoich pracowników – quasi-przedsiębiorców. A dobrze zarabiającym specjalistom zostawia więcej pieniędzy.

Przed kilkoma tygodniami Ministerstwo Finansów ujawniło raport o nierównościach dochodowych. Jasno z niego wynika, że to właśnie wśród przedsiębiorców indywidualnych nierówności są największe. To nie przypadek, że grubo ponad 80 proc. wszystkich polskich milionerów, którzy w kraju płacą podatki, prowadzi działalność gospodarczą i rozlicza się 19-proc. PIT. Instytut Badań Strukturalnych uważa, że w skali kraju nawet co dziesiąta działalność gospodarcza jest założona po to, by płacić niższe podatki i składki. Liczbę takich fikcyjnych przedsiębiorców IBS ocenia na 166 tys. MF, podpierając się danymi GUS, doliczyło się 78 tys. – ale wystarczyło to, by zaczęło pracować nad testem przedsiębiorcy. Miał on być narzędziem do sprawdzania, komu statut firmy się należy, a komu nie.

Jak to narzędzie miałoby działać, tego już się nie dowiemy. "Żadnego testu przedsiębiorcy nie będzie" – to zdanie z wpisu na oficjalnym profilu premiera Mateusza Morawieckiego na Twitterze zostało napisane wielkimi literami. Projekt został skasowany, zanim tak naprawdę powstał. Tak jak w poprzednim przypadku, gdy podatek liniowy i ryczałtowy ZUS miały zostać zastąpione podatkiem jednolitym. I wtedy, i teraz rozwiązanie uderzało bezpośrednio w interesy tych, którzy na nieszczelnym systemie odnoszą największe korzyści. Obie historie pokazują jasno: sojusz zamożnych i wpływowych fikcyjnych przedsiębiorców z dużymi firmami szukającymi mniejszych kosztów w samozatrudnieniu jest wyjątkowo skuteczny. Chyba nie ma innej grupy - może poza górnikami - która byłaby w stanie zdusić niekorzystne dla siebie pomysły już w zarodku i w takim brawurowym stylu.