Rozgrywała się ona co prawda przez kilka tygodni między marcem a kwietniem 1940 roku, lecz nie ma swojej jednej rocznicy. Może więc 17 września dobrze się ku temu nadaje jako rocznica niesprowokowanej agresji sowieckiej na Polskę, dokonanej z pogwałceniem czterech międzynarodowych traktatów.
Wizyta polskiego prezydenta w Katyniu przysłuży się narodowej pamięci o wydarzeniach z początku wojny. Toczyła się ona w atmosferze pozbawionej wzajemnej niechęci czy rewanżyzmu. Okazuje się więc, że można spotykać się w miejscach tak tragicznie naznaczonych przeszłością bez wzbudzania polsko-rosyjskich animozji. To już sukces.
Wydawało się bowiem przez długi czas, że polityki historycznej nie da się prowadzić bez pogorszenia stosunków z naszymi sąsiadami. I o ile to fatum udało się w latach 90. przewalczyć w stosunkach z Niemcami, o tyle przez długi czas wspominanie krzywd wyrządzonych przez stronę sowiecką nie służyło wzajemnym stosunkom. Oczywiście swój wpływ na taki stan rzeczy miała blisko 50-letnia rosyjska dominacja i embargo na wiedzę dotyczącą zbrodni katyńskiej.
Dziś jednak nadszedł już chyba czas, kiedy Polacy będą o niej mówić otwarcie, lecz bez nienawiści. Słusznie przecież przypomniał wczoraj Lech Kaczyński, że sprawcy tamtych zbrodni już nie żyją. I nikt spośród żyjących nie jest owym zbrodniom winien.
Wizyta Lecha Kaczyńskiego w Rosji nie będzie jednak przełomem w naszych stosunkach dwustronnych. Co prawda atmosfera, w jakiej się toczyła, była dość zachęcająca jak na dotychczasowy stan tych relacji, a polską delegację przywitał przedstawiciel prezydenta Putina. Z obu też stron padły słowa brzmiące pojednawczo.
Oczywiście, strona rosyjska tradycyjnie już podkreśla, że to jej naród najbardziej cierpiał z powodu totalitaryzmu, jednak w słowach Georgija Połtawczenko, wysłannika prezydenta Rosji, nie zabrakło potwierdzenia, że o tragicznych dla Polaków wydarzeniach zapomnieć nie wolno. To oczywiście żaden przełom, ale przynajmniej gest dobrej woli.
W napiętych ostatnimi czasy stosunkach polsko-rosyjskich może stać się zachętą do ich poprawy. Wciąż jednak można mieć żal do Rosji, że kolejne okazje do dokonania prawdziwego przełomu pozostają niewykorzystane. Wśród pojednawczych słów brakuje prawdziwych czynów, które miałyby na celu rzetelną ocenę przeszłości.
W ostatnich latach można odnieść wrażenie, że dużo silniej akcentuje się w Polsce obchody 17 września - rocznicy agresji sowieckiej niż 1 września - rocznicy agresji niemieckiej. Wrażenie takie wynika zapewne z tego, że przez wiele lat 1 września we wszystkich szkołach odbywały się rocznicowe akademie, a media były pełne wspomnień o Westerplatte, natomiast o 17 września w przestrzeni publicznej nie wspominano wcale.
Dziś usiłuje się nadrobić te zaległości, choć badania opinii publicznej wciąż wskazują, że o ile przeciętny Polak kojarzy datę 1 września z początkiem II wojny światowej, o tyle niewielu z nas łączy datę 17 września z agresją sowiecką. Nadrabianie tych luk w pamięci historycznej należy się zresztą nie tylko nam.
Również cały Zachód nie zdaje sobie dotąd sprawy, że przez blisko dwa pierwsze lata wojny Rosja sowiecka była sojusznikiem Hitlera. Dla większości mieszkańców Europy Zachodniej Rosja w okresie II wojny światowej była jedynie sojusznikiem państw alianckich w zwycięstwie nad nazizmem. Zmiana tej świadomości jest również naszym zadaniem.
Dopiero poznanie przez Zachód prawdy o dwóch pierwszych latach wojny pozwoli mu zrozumieć, czym było dla Polski jej zakończenie: ponowne wkroczenie niedawnego sojusznika Hitlera na nasze terytorium. 17 września nie powinien być jednak dniem rozdrapywania ran - choćby dlatego, że ten sam dzień uznaje się za dzień wyjścia wojsk radzieckich z Polski, które nastąpiło w 1993 r. Powodów do wspominania jest więc wiele, a tym samym wiele okazji do mówienia o historii takiej, jaka ona jest.