Scenariusz, w którym mamy prostą kontynuację tego, co mieliśmy do tej pory był powszechnie „obstawiany” przez inwestorów, analityków i ekonomistów. I chociaż PiS nie jest ulubioną formacją na rynkach finansowych, to jednak z drugiej strony nie jest też partią postrzeganą jako awanturnicza, czy niebezpieczna.

Analitycy mBanku pisali w ostatnim tygodniu w swoim biuletynie, że dające większość w parlamencie zwycięstwo PiS będzie oznaczać zgodne z wcześniejszymi zapowiedziami uchwalenie dodatkowych („trzynastki” i „czternastki”) emerytur, obniżenia składek ZUS dla mikrofirm i przekształcenie OFE w fundusze inwestycyjne. Będzie to też oznaczać zupełnie bezproblemowe uchwalenie budżetu na 2020 rok.

Z kolei analitycy banku ING, którzy scenariuszowi dalszych samodzielnych rządów PiS dawali 50 proc. prawdopodobieństwa obstawiają, że możemy oczekiwać kontynuacji szczodrych programów socjalnych i dużych inwestycji infrastrukturalnych, chociaż wspominają też o możliwości pewnego „rozwodnienia” obietnic dotyczących dużych podwyżek płacy minimalnej. Na linii Warszawa-Bruksela nadal utrzymywać się będzie pewne napięcie, ale raczej nie powinno dochodzić do powstawania nowych źródeł nowych konfliktów.

Mamy więc spokojną i dobrze znaną rynkom kontynuację tego, co było (a akurat premier Morawiecki i grono ministrów od spraw gospodarczych są na tych rynkach oceniani dobrze), a z drugiej strony skala zwycięstwa PiS nie pozwoli mu na zasadnicze zmiany w rodzaju prób zmian w konstytucji. Większość, którą będzie mieć nie pozwoli też na odrzucanie weta prezydenta, który w ciągu najbliższego roku będzie mógł się zmienić. To wszystko w oczach inwestorów zwiastuje politykę ostrożną, bez nadmiernych „fajerwerków”, czyli scenariusz optymalny.

Z kolei scenariusz odsunięcia PiS od władzy mógłby wywołać na rynkach sporą nerwowość, ponieważ nowa koalicja mogłaby się okazać krucha i nietrwała, a konieczność zawierania kompromisów mogłaby sprawić, że polityka nowego rządu zrobiłaby się trudna do przewidzenia. Zapewne dość szybko pojawiłyby się też problemy ze współpracą z prezydentem. 

W wariancie, w którym PiS wygrywa, ale musi szukać koalicjanta, sytuacja też zrobiłaby się bardziej niepokojąca, bo koalicjant, niezależnie od tego kto by nim został, zapewne zacząłby konkurować z PiS-em na obietnice socjalne wprowadzając dodatkowe napięcia w finansach publicznych. Większe byłoby też ryzyko konfliktów, które mogłyby w praktyce utrudnić rządzenie i podejmowanie decyzji.

Biorąc pod uwagę to, że w całej Europie koniunktura gospodarcza jest coraz gorsza, a także w Polsce widać już spowolnienie, takie dodatkowe trudności w rządzie mogłyby utrudniać zapobieganie ewentualnemu kryzysowi, a  przy okazji także zwiększać niepewność. Dlatego na taki scenariusz rynek zapewne zareagowałby nerwowo, osłabieniem złotego, możliwe, że też nerwowymi ruchami na giełdzie (bo koalicjant musiałby dostać trochę foteli w spółkach skarbu państwa i zaczęłoby się zgadywanie który prezes wyleci, a który zostanie, ale zmienią mu zastępców). Nie oznacza to oczywiście, że rynek dotychczasową politykę PiS w spółkach ocenia pozytywnie. Ale też nikt nie oczekiwał, że coś się w wyniku tych wyborów zmieni w państwowych spółkach na lepsze, więc nie ma rozczarowania. A skoro nie ma rozczarowania, to nie powinno być widać reakcji na rynkach.

Oczywiście nie znamy jeszcze wszystkich wyników, przede wszystkim nie wiemy kto będzie mieć większość w Senacie. Przy takich wynikach, jakie poznaliśmy w przypadku Sejmu wcale nie jest powiedziane, że w Senacie PiS zachowa większość. Ale nawet jeśli się tak nie stanie i wyższa izba parlamentu przejdzie pod kontrolę opozycji, to przy życzliwie nastawionym prezydencie w procesie uchwalania prawa zmieni to niewiele, a z punktu widzenia polityki rządu zapewne w ogóle niczego to nie zmieni.