Ilu brytyjskich premierów potrzeba, aby wyjść z Unii Europejskiej?

Dobre pytanie. Jest tyle możliwych scenariuszy, że dzisiaj (rozmowa odbyła się 8 października – red.) nie ma na to wiarygodnej odpowiedzi. Boris Johnson może przecież stracić urząd w ciągu kilku najbliższych tygodni.

Nikt się chyba nie spodziewał, że negocjowanie wyjścia z UE skończy się takim bałaganem i chaosem. Po referendum trzy lata temu zarówno siły proeuropejskie, jak i te antyeuropejskie robiły wrażenie zaskoczonych. Po pierwsze tym, że Brytyjczycy powiedzieli "tak" dla brexitu; po drugie – że jest on taki skomplikowany. Czy klasa polityczna nauczyła się czegoś w ciągu ostatnich trzech lat?

Ależ referendalne "nie" dla UE nie było aż taką niespodzianką, jak się to czasami maluje. Przecież Wielka Brytania w wielu aspektach znajdowała się poza Unią już od dawna. Była poza strefą euro, poza strefą Schengen, nie chciała dołączyć do unii bankowej ani współtworzyć wspólnej polityki zagranicznej. Tych przypadków braku współpracy przybywało i w końcu nagromadziło się ich tak wiele, że można się było spodziewać jakiegoś tąpnięcia na linii Londyn – Bruksela. To nie było pytanie czy, ale kiedy i kto pierwszy powie "pas!". Powiedzieli Anglicy, ale równie dobrze Bruksela mogła zainicjować ten proces, pytając ich: Jesteście z nami czy nie? Referendum było więc z tej perspektywy nieuniknione, a jego rezultat – dość przewidywalny. Co nie znaczy, że popieram brexit. Uważam, że to zły ruch. Sądzę jednak, że zarówno jako społeczeństwo, jak i klasa polityczna nauczyliśmy się z tej całej historii jednej ważnej rzeczy.

Jakiej?

Że członkostwo w Unii Europejskiej to kwestia tak złożona, że nie sposób jej rozstrzygać zero-jedynkowo na zasadzie tak/nie i że negocjowanie wyjścia z UE jest trudniejsze niż negocjowanie warunków członkostwa. Niektórzy zwolennicy brexitu przedstawiali wyjście z UE jako bułkę z masłem, czyli jako przearanżowanie brytyjskich umów handlowych. Ale to podejście okazało się dalece uproszczone. Brexit, jak z czasem wyszło na jaw, to nie tylko kwestia handlu z Europą kontynentalną, lecz także sprawa polityki wewnętrznej Wielkiej Brytanii i jej spójności terytorialnej, która objawiła się sporem wokół granicy między Irlandią a należącą do Zjednoczonego Królestwa Irlandią Północną. W kampanii przedreferendalnej żadna ze stron politycznego spektrum nie zwracała uwagi na możliwe problemy tego typu. Zapomniano, że po rozwodzie trzeba zaopiekować się dziećmi, a każde z nich, czyli każdy kraj Królestwa, miał inne aspiracje. Irlandia Północna oraz Szkocja chciały pozostać w Unii. Jak opracować zadowalające wszystkich umowy dotyczące inwestycji, handlu, regulacji rynku pracy itd.?

Zakładam, że w Wielkiej Brytanii powołano jakąś jednostkę superprawników, superpolitologów i superekonomistów do poradzenia sobie z tymi problemami...

Pan żartuje? David Cameron, gdy był premierem, a więc już trzy i pół roku temu, zakazał korupsowi brytyjskiej służby cywilnej jakichkolwiek przygotowań do brexitu.

Jak to zakazał?

Nie wierzył w brexit i nie chciał, by urzędnicy marnowali energię na roztrząsanie nierealistycznych scenariuszy. Skutkiem tego był zupełny brak procedur, które należało wdrożyć zaraz po referendum. Z kolei sam rząd nie wiedział, co powinien negocjować w Brukseli. To dlatego minęło aż dziewięć miesięcy, zanim Theresa May uruchomiła art. 50 traktatu lizbońskiego i rozpoczęła proces wychodzenia z Unii. W kolejnych miesiącach mówiła, co chce osiągnąć w ramach umowy brexitowej, ale z czasem wiele z tych oczekiwań okazywało się nierealistycznych i nawet szantażowanie Brukseli na niewiele się zdało. Na pewno pamięta pan, jak May groziła wycofaniem się Wielkiej Brytanii ze wspólnej polityki bezpieczeństwa, w razie gdyby Bruksela nie spełniła jej żądań. To był styczeń 2017 r. i jej słynne przemówienie w Lancaster House. Od tamtej pory May osłabiała swoje postulaty, co sprawiło, że straciła poparcie zwolenników brexitu – uznali, że rozwód z UE w proponowanej przez nią formule to żaden brexit, bo robi z Wielkiej Brytanii Norwegię.