Po tym, jak wezwał Kancelarię Sejmu do udostępnienia utajnionych list poparcia do Krajowej Rady Sądownictwa, znalazł się na ustach wszystkich. Jedni wynosili go na piedestał, drudzy wieszali na nim psy. Tymczasem sędzia Paweł Juszczyszyn po prostu zrobił to, co do niego należało – podjął decyzję procesową.

Na jego miejscu mógł się znaleźć każdy inny sędzia. Mamy ich w Polsce około 10 tys. I pewnie każdy, kto zdecydowałby się na podobny krok, z dnia na dzień stałby się medialną gwiazdą. Na pierwszy rzut oka to nie dziwi. Sędzia rzucił przecież wyzwanie rządzącym, a tym samym wiele ryzykował. Nie chodzi tylko o to, że minister sprawiedliwości odwołał go z delegacji. To może się okazać najmniej uciążliwą dla sędziego konsekwencją.

Medialne zainteresowanie może jednak wynikać z innych, głębszych przyczyn. Niewykluczone, że mamy jako społeczeństwo nadal problem z czymś, co w bardziej dojrzałych systemach demokratycznych jest oczywistą oczywistością: z zaakceptowaniem sędziowskiej niezawisłości. Nie do końca uświadamiamy sobie, że każda osoba z tej dziesięciotysięcznej armii jest przedstawicielem jednej z trzech władz. Ta ma zaś sporo narzędzi, żeby wpływać na naszą rzeczywistość. Także ustrojową.

Wszyscy, poczynając od ministrów sprawiedliwości – i to obojętnie z jakiej opcji politycznej – a skończywszy na środowisku prawniczym, nie chcemy, nie możemy lub nie potrafimy zaakceptować tego, że sędziowie naprawdę są trzecią władzą. Że mogą meblować nam świat nie tylko wtedy, gdy orzekają w naszej sprawie.

CZYTAJ WIĘCEJ W INTERNETOWYM WYDANIU MAGAZYNU "DGP">>>