Mamy dość restrykcyjne przepisy: w centrum miasta nie wolno przekraczać pięćdziesiątki - a to naprawdę niewiele. Do tego dochodzą jeszcze lokalne znaki ograniczające prędkość np. do 30 km na godzinę: tempo już naprawdę ślimacze. Nie dziwi mnie wcale, że wystarczy wyjechać na którąkolwiek z większych czy mniejszych ulic stolicy, by przekonać się, iż żaden kierowca tych ograniczeń nie przestrzega. Bo jakie ma wyjście? Gdyby stosować się do znaków, podróż z Wilanowa na Żoliborz, trwałaby nie półtorej, ale dwie i pół godziny.
Oczywiście, nikt nie polemizuje z twierdzeniem, że piratów drogowych jeżdżących po polskich drogach 200 km na godzinę należy karać i ograniczać ich zapędy wyścigowe. Pytanie tylko, czy wybrano właściwy sposób.
Wystarczy poobserwować trasę w okolicach Tomaszowa Mazowieckiego, na której policja wystawia w najmniej spodziewanych miejscach kilkanaście radarowych pułapek, by włosy stanęły człowiekowi dęba na głowie. Pędzące samochody, gdy ich kierowcy dostrzegą skrzynkę, zaczynają gwałtownie hamować. I stąd już tylko krok do nieszczęścia. Paradoksalnie więc radary, które miały zapewnić uczestnikom ruchu bezpieczeństwo, są przyczyną karamboli.
U naszych zachodnich sąsiadów, gdzie jeździ się znaczniej szybciej, na autostradach ograniczenia obowiązują jedynie w tych miejscach, w których prowadzi się roboty drogowe. A jakoś nie widać ich w czołówce kolizji drogowych.
Jakie jest zatem lekarstwo na problemy polskich kierowców? Nie będę oryginalny: więcej dróg! Jednak skoro to takie oczywiste, dlaczego przez ostatnie 17 lat nikt w Polsce poważnie nie zajął się tą kwestią? Mamy tylko jakieś fragmentaryczne, nie powiązane odcinki autostrad rozrzucone po różnych częściach kraju. To się musi zmienić. Trzeba wreszcie zbudować porządne bezpieczne drogi i pozwolić kierowcom rozwinąć prędkość do 120 czy 130 km/h. By nie było tak, jak na popularnej "Gierkówce" z Katowic do Częstochowy, ma której jest 30 kolizyjnych skrzyżowań i 26 przejść dla pieszych, gdzie ciągle dochodzi do wypadków.