“Ha! Jeśli mnie pamięć nie myli to rząd @pisorgpl miał stworzyć takie cuda, że Polacy mieli masowo rezygnować z pracy za granicą i wracać do Polski. Ale chyba coś poszło nie tak, co nie @AndrzejDuda?” - tak jeden z Twitterowiczów skomentował planowany wyjazd Kingi Dudy, córki Prezydenta RP, do pracy w Anglii. Internet pełny jest zgryźliwych komentarzy w tym tonie. Czy jednak wyjazd Kingi Dudy faktycznie oznacza porażkę obecnego rządu?

Reklama

Chociaż daleko mi do kibicowania jego osiągnięciom i uważam, że prześmiewcze rozwinięcie skrótu PiS na Populizm i Socjalizm jest bliskie prawdy, to odpowiedź brzmi: nie. Kinga Duda nie “ucieka” z Polski dlatego, że “wygania” ją z kraju brak perspektyw. Gdyby tylko chciała, mogłaby zostać i wkrótce, po ukończeniu aplikacji adwokackiej, zarabiać ok. 8 tys. zł brutto (średnia płaca w zawodzie adwokata wg pracuj.pl), a gdyby zdecydowała się na karierę prawnika korporacyjnego, mogłaby zarabiać nawet o kilka tysięcy złotych więcej. Nie byłaby najbogatszą Polką, ale żyjącą dostatnio – tak. Kieruje nią zatem nie ekonomiczny przymus, jak twierdzą złośliwcy, a ambicja. W końcu Zachód wciąż oferuje wyższe zarobki niż w Polsce i to niemal w każdej branży. Co nie dziwi – miał trochę więcej niż 30 lat na budowę bogactwa. Kingę Dudę do Wielkiej Brytanii przyciąga jednak coś jeszcze. Co?

Popyt. Jak sądzicie, ilu prawników, albo szerzej: specjalistów z dowolnej dziedziny, wykształconych w Guinei, Etiopii, albo w Burkina Faso może liczyć na pracę w Londynie? Zgadliście. Niewielu. To dlatego, że to państwa o najgorszych systemach edukacji i najwyższych poziomach analfabetyzmu na świecie. Na Zachodzie nie ma popytu na wysoko wykwalifikowaną pracę świadczoną przez ich obywateli, bo ci takiej nie potrafią wykonywać. Tego problemu nie ma Polska, czego prawnik Kinga Duda jest świetnym przykładem. A "eksportujemy" za granicę nie tylko prawników, lecz także jeszcze m.in. programistów, naukowców, inżynierów i – oczywiście – lekarzy. Tych ostatnich, jak ujawnił w zeszłym roku premier Morawiecki, wyjechało od nas w ciągu ostatnich 20 lat aż 20 tys. Oznacza to, że nasz kraj wcale nie jest tylko montownią Europy. "Produkujemy" u siebie wysokiej jakości kapitał, który jest dla rozwoju gospodarki kluczowy: kapitał ludzki. Firmy z zagranicy to widzą, doceniają i chcą ich mieć u siebie. Dzisiaj jest to niezwykle łatwe, zwłaszcza za międzynarodowe łowienie talentów odpowiadają wyspecjalizowane agencje, nie trzeba już najpierw udowadniać swojej przydatności u siebie, przechodząc awans szczebelek po szczebelku, żeby dostrzegł nas ktoś "od nich". I to dobra wiadomość.

Zaraz, zaraz... Dobra? Czy to, że część utalentowanych i wykształconych Polaków emigruje nie powinno nas martwić? Samo to nie. Nawet w najbogatszym kraju świata znajdą się wybitne jednostki chcące z niego wyjechać. Niekoniecznie za lepszą pracą w sensie zarobkowym, a np. kierowane chęcią zakosztowania przygody, poznania innej kultury, czy chociażby motywami osobistymi takimi, jak wybór partnera życiowego. Ponadto pamiętajmy, że swoboda przemieszczania się jest jednym z największych błogosławieństw epoki globalizacji, poszerza paletę ludzkiego wyboru, umożliwiając lepszą realizację indywidualnych preferencji ("przeprowadzę się na Południe, bo tam cieplej!"), zwiększając nacisk na efektywność rządów (ludzie "głosują nogami", gdy reżim robi się opresyjny), ratując życie (np. w ucieczce przed wojną, czy klęskami żywiołowymi), łagodząc obyczaje (mieszanie się kultur, o ile nie jest wymuszone, prowadzi do liberalizacji postaw społecznych) i w końcu umożliwiając skuteczniejsze dzielenie się wiedzą i nowymi ideami, co przyczynia się do powstawania użytecznych innowacji. Znamienne, że Elon Musk, znany z budowy aut elektrycznych i rakiet kosmicznych, do 17 roku życia wychowywał się w RPA. To dziecko Afrykanera i Kanadyjki.

Skoro sam wyjazd Kingi Dudy problemem nie jest, to co jest? Odpowiedź na pytanie, co potem. Czy po latach zapiszemy Kingę Dudę do katalogu z napisem "drenaż mózgów", czy może "dryf mózgów"? To dwie skrajnie różne sytuacje opisujące perypetie utalentowanych ludzi. Z pierwszą mamy do czynienia, jeśli specjaliści wyjeżdżają, w ich miejsce nie pojawiają się inni, a ci co wyjechali nie wracają, ani nie utrzymują zawodowych kontaktów z ojczyzną. Z drugą, gdy specjaliści wyjeżdżają, ale kraj jest zdolny sam wykształcić nowych, ściągnąć obcych i stworzyć sieć, dzięki której lokalni specjaliści mogą dzielić się wiedzą i doświadczeniem z kolegami z zagranicy i vice versa. Im więcej w tę sieć wpiętych jednostek, tym wydajniej i z większą korzyścią dla społeczeństwa działa. Sytuacja druga występuje naturalnie w zaawansowanych gospodarkach, pierwsza w gospodarkach rozwijających się, które nie wytworzyły odpowiednich instytucji. Polska, niestety, należy jeszcze w dużym stopniu do tej pierwszej grupy. Nasi specjaliści emigrują i o Polsce – w sensie zawodowym – często zapominają. Nie dlatego, że nie są patriotyczni, a dlatego że u nas nikt o nich nie pamięta i nie chce nawiązywać z nimi współpracy. Szczególnie dobrze widać to w przypadku naukowców. Wykształciliśmy np. w latach 90 na Uniwersytecie Warszawskim Wojciecha Kopczuka, który dzisiaj wykłada na Columbia University i jest jednym z największych specjalistów na świecie od podatków. Czy jakaś ekipa rządząca zaprosiła go do skonsultowania któregoś ze swoich szalonych pomysłów podatkowych? Nie. Inny przykład z życia wzięty. Młody Polak wyjeżdża studiować neurobiologię do Wielkiej Brytanii, w międzyczasie odbywa krótki staż w jednym z warszawskich instytutów, a w końcu zaczyna robić doktorat na Oxfordzie, prowadząc zaawansowane badania nad leczeniem chorób neurodegeneracyjnych. Czy polski instytut, w którym odbył staż śledzi jego karierę, utrzymuje z nim kontakt, licząc, że to zaowocuje w przyszłości np. wspólnymi badaniami? Oczywiście, nie.

Instytucje, których w Polsce brakuje, mają charakter formalny i nieformalny. Brakuje np. zaufania. Polacy z różnych przyczyn boją się kontaktu z ekspatami, a ekspaci z tymi, co zostali. W funkcjonowanie polskich uczelni wyższych, ale także przedsiębiorstw wpisane jest "radzenie sobie" samemu, nie ma systemowych bodźców do sięgania po wiedzę od osób z innych stron świata. Nie istnieją także prowadzone w odpowiednio dużej skali mechanizmy tymczasowego ściągania obcych specjalistów. Nie myśli się "globalnie" – w przeciwieństwie do takich Chińczyków, którzy dawno już przestali narzekać na drenaż mózgów i zaczęli sprowadzać do siebie najwybitniejszych specjalistów z różnych dziedzin. Zdarza się, że chińska uczelnia zatrudnia laureata Nagrody Nobla, z chemii, i zmienia język wykładowy całego wydziału na angielski, żeby było łatwiej mu pracować. Chińczycy oferują też w ramach różnorakich zachęt dobrze opłacane miejsca pracy dla tych specjalistów, którzy wyjechali, zrobili na Zachodzie kariery, dorobili się i chcieliby w dojrzałym wieku wrócić do ojczyzny i coś dla niej zrobić.

Polska nie powinna narzekać na to, że "traci" specjalistów w wyniku ich emigracji. Powinna współtworzyć i wpisywać się w globalną sieć powiązań i przepływu wiedzy między nimi – tak, by Kinga Duda i inni, nawet pracując w Londynie, budowali dobrobyt także swoich rodaków.

Tak więc: Jedź, Kingo!