Można pójść drogą laicyzacji, tak jak wiele krajów Zachodu, których kulturę można określić dzisiaj jako postchrześcijańską. Tam konsumpcja i handel odgrywają w okresie świątecznym coraz większą rolę. Ja sam, w czasie wizyty w Niemczech spotkałem się z tym zjawiskiem - na jednym z domów handlowych napisano "Sezon Bożego Narodzenia - od 1 do 24 grudnia".

Okazuje się, że okres, który my obchodzimy jako adwent, oni obchodzą jako Boże Narodzenie, a wtedy kiedy jest prawdziwe Boże Narodzenie, u nich już nic nie ma, bo wtedy nic się nie sprzedaje. Inny przykład to Wielka Brytania, gdzie zakazuje się używania terminu Christmas - Boże Narodzenie. Ludzie przesyłają sobie życzenia "sezonowe"! Parę dni temu w CNN emitowano kolędy śpiewane przez wybitnych artystów. Nie nazwano tego "kolędowaniem", ale "season’s singing" - "śpiewaniem sezonowym". Ale może być jeszcze gorzej, bo w jednym ze stanów USA wyrzucono z pracy nauczyciela, który w ramach lekcji śpiewu śpiewał z klasą kolędy. Uzasadnienie - uczył dzieci nietolerancji.

Mógłbym długo mnożyć przykłady całkowitej laicyzacji i komercjalizacji Bożego Narodzenia na Zachodzie. Zresztą po tym etapie konsumpcjonizmu, następuje kolejny - szydzenie ze świąt - że są obłudne i pełne hipokryzji. I poniekąd jest to prawda. Jeśli oderwie się Boże Narodzenie od treści religijnej, rzeczywiście stają się ono obłudne i pełne hipokryzji.

To tylko jeden możliwy wariant obchodzenia Bożego Narodzenia w Polsce. Smutny i ponury. Ale możemy też wybrać inny model przeżywania tych świąt - bezustannego odkrywania ich znaczenia, swoisty powrót do źródeł. Paradoksalnie "pułapką" jest to, że niesłychanie się ze świętami oswoiliśmy i bardzo je lubimy. Od maleńkości każdy z nas oczekiwał na to, że rodzice będą w domu, że wspólnie zaśpiewamy kolędy, że będzie choinka, a pod nią prezenty, że będzie więcej ciepła i serdeczności, więcej czasu dla siebie nawzajem. Ta przyjazna i dobra atmosfera świąt towarzyszy nam od początku świadomości.

To dobrze, to należy ocalić, ale ta otoczka nas usypia. Żeby wyrwać się z letargu, powinniśmy na nowo odkryć prawdziwy sens Bożego Narodzenia. Genialnie ukazują go słowa znanej nam wszystkim kolędy Franciszka Karpińskiego "Bóg się rodzi":"…ogień krzepnie, blask ciemnieje, ma granice nieskończony". Wraz Bożym Narodzeniem dzieje się coś niesłychanego, wewnętrznie sprzecznego, po prostu niemożliwego. O tej niepojętości Wydarzenia, tego że Słowo stało się ciałem, siedząc przy świątecznym karpiu, często już nie pamiętamy. A przecież sens tych świąt jest taki, że w długiej historii zbawienia pojawia się specjalny punkt, w którym na świat przychodzi Bóg. Przychodzi, aby nas wesprzeć, ogłosić nam dobrą nowinę, że oprócz, często niezasłużonego, cierpienia, bólu i płaczu na tej ziemi, jest dla ludzi nadzieja - nadzieja na wyzwolenie, na zbawienie. Dążyć do niego można, jak pokazuje Chrystus, drogą miłości.

Bóg, który jest nieskończonym majestatem i niepojętą potęgą, wszedł między ludzi i to w dodatku tych zwykłych, biednych, prostych. Przyszedł na świat nie w pałacu, lecz w stajence, wśród zwierząt. W dodatku ten niedostępny, wszechmogący Bóg objawia się wśród ludzi, jako niemowlę. Dla judaizmu czy islamu jest to wręcz gorszące. Tak niepojęcie otwarta, dynamiczna, wybiegająca ku człowiekowi jest miłość Boża, że - jak wyraził się kiedyś Jan Paweł II - "Bóg posunął się w Chrystusie niejako za daleko". Za daleko! Przekroczył wszelkie granice, pokazał, że miłość Boga jest bezgraniczna, bezwarunkowa i obejmująca każdego człowieka.

Narodzenie Jezusa odmieniło też dzieje całej ludzkości. Wraz z jego przyjściem, każdy człowiek, nawet ten prosty i słaby mógł odkryć swą niezbywalną godność, to, że jest rozumnym i wolnym podmiotem powołanym do wzrastania w miłości. Odkryć, że jest osobą. To, jak Bóg wchodzi w ludzkie dzieje, jako bezradne niemowlę, by przywrócić nam wiarę, nadzieję i miłość, jest czymś co poraża swą mocą. Sens Bożego Narodzenia, to odkrycie jak wielka i konkretna jest Boża miłość, która obejmuje każdego człowieka, również mnie i moją rodzinę. Dlatego też, żeby te tajemnicze święta Bożej miłości dobrze przeżyć, bardzo ważne jest przygotowanie się do nich poprzez duchową odnowę. Właśnie po to jest adwent - by lepiej i głębiej niż rok, dwa, trzy czy pięć lat temu przeżyć Boże Narodzenie. Jeżeli przygotowania te będą polegały tylko na kupowaniu, gotowaniu i sprzątaniu - to zabijemy radość ze świętowania przyjścia Jezusa na świat. Zostanie już tylko wydmuszka. Tym samym ograbimy i spłycimy swoje człowieczeństwo. Zredukujemy je do powierzchownej radości płynącej z konsumpcji. Coraz mniej będziemy rozumieć, jak niepojęte wydarzenie miało miejsce około dwa tysiące lat temu Betlejem.

Obecnie na w kulturze zachodniej, Polska i Stany Zjednoczone, to najważniejsze państwa, w których zachował się religijny wymiar przeżywania świąt Bożego Narodzenia. Choć pewne symptomy ożywienia pod tym względem pojawiają się w Zachodniej Europie, lecz póki co jest to jeszcze bardzo elitarne.

Niestety w Polsce, z roku na rok coraz bardziej, w nasze serca i umysły wsiąka komercyjne przeżywanie Bożego Narodzenia. Pocieszające jest jednak to, że wielu z młodego pokolenia, które od dzieciństwa było pod wpływem Jana Pawła II, jest otwartych na głębszy wymiar rzeczywistości. Te dwie wizje ścierają się w dzisiejszej Polsce. Nie wiem, która z nich zwycięży. Wiem, której zwycięstwa bardzo pragnę i którą wspieram jak umiem. Jak będzie, okaże się za jakieś dziesięć, piętnaście lat.