Wigilia - pół biedy, bo dopiero się spotkali i jeszcze mają o czym mówić. Pierwszy dzień jest jednak kiepski, bo raz - głowa boli, dwa - dzieciom minął okres przedprezentowej grzeczności, a trzy - teściowa przestała się czuć gościem i do garów zaglądać poczęła. Więc najlepiej wyjść na spacer, wyczekać do śniadania i poratować się spirytualnie. Ale wtedy już szwagier nie bawi, a irytuje, w telewizji nic nie ma, bo święta, więc telewizja uważa, że mamy jeść i kochać rodzinę, a zatem nieźle jest wykonać coś niespodziewanego. Kroniki policyjne odnotowują, że w święta najwięcej jest tego, czego policjanci najbardziej nie lubią, czyli domowych afer.

Tak jest w święta, ale przedtem trzeba wszystko dokładnie przygotować, żeby te trudne dni przeszły jak najlepiej. Dawniej, za PRL-u było przyjemnie, bo niczego nie można było dostać, więc człowiek przez miesiąc powoli zdobywał składniki niezbędne do wykonania wigilijnego posiłku oraz świątecznego śniadania. U moich rodziców jeszcze była gosposia (wtedy inaczej układały się kwestie płacowe), która aczkolwiek w zasadzie była spokojną kobietą ze wsi, już na kilka tygodni przed świętami dostawała choroby nerwowej. Ja, jako młodzieniec, któremu cudze życie było obojętne, miałem obowiązek kupić karpie (sześć godzin w kolejce), wpuścić je do wanny, a potem we wskazanym momencie zamordować. I do dzisiaj jakoś łosoś na wigilię czy frutti di mare nie sprawiają mi tej przyjemności, jak ów trup na stole, osobiście przez mnie do swojej roli przygotowany. Chociaż karp nie jest najlepszą rybą dostępną w Polsce - w porównaniu chociażby z takim szczupakiem czy sandaczem - jednak Wigilia bez karpia nie jest taka sama.

Bez karpia, ale także bez barszczyku i uszek, pasztetu i bigosu, klopsa oraz ryb w galarecie, po grecku i jak kto sobie życzy. Zawsze przecież sobie mówimy, że w tym roku pasztetu to nie będziemy już robić, no może odrobinkę, a potem wychodzi z tego ze 12 sporych foremek. Bo przecież trzeba dać: kurczaka, wieprzowinę, wołowinę, troszkę boczku, bułeczkę, jajka i cebulę, wątróbkę i jak się to ugotuje, to wtedy mężczyzna bierze się za mielenie. Pierwszy raz to pestka, maszyna jest elektryczna i idzie jak piorun. Potem chwila na poczytanie i sprawdzenie w komputerze, kto jakie życzenia przysłał z mrugającymi domkami i choinkami, no i z powrotem. Drugi raz robimy przez sitko makowe, co się okazuje dużo trudniejsze, bo trzeba produkt przemielony raz jeszcze łyżką nakładać i popychać - elektryczność sama nie przemiele. Okazuje się, że miska przewidziana na pasztet jest dwa razy za mała, więc trzeba szukać większej, a umyć mniejszą. Naturalnie mamy zmywarkę, ale nie wszystko do niej wchodzi, chociaż zmywarka i tak w kółko chodzi. Posmarowane zostało osiem foremek, a trzeba 12 - szukamy foremek po całym domu. Nie ma. Hop do samochodu i do sklepu. A tam rzecz niezwyczajna, czyli kolejka. Mała godzinka i już pasztet idzie do pieca, ale i tak na dwa razy nie wejdzie, więc trzeba na trzy. Proponuję zamrozić od razu połowę, ale wszyscy argumentują: przecież mamy święta i się zje. Zupełnie jakby mieli nadzieję, że zjedzą trzy razy więcej niż normalnie.

Bigos też życzenia swoje posiada. Prawidłowo trzeba go robić tydzień i codziennie przegotować uprzednio dołożywszy nowy gatunek mięsa. Z tego zaś wyniknie nieuchronnie, że bigosu będzie w końcu tyle, że w jeden garnek nie wejdzie. Nie ma już garnków. Hop do sklepu kupić garnek. Dobrze, że wzięliśmy pożyczkę, bo chociaż styczeń będzie chudy, to na garnek jeszcze starczy. Tylko godzinka, półtorej i już jesteśmy z garnkiem w domu. Bigos podzielony. Proponuję, żeby zamrozić, ale wszyscy protestują, bo przecież przez święta się zje. Jakie „się” to zje, nie wiem, ale potulnie milknę i łapię się za odkurzacz.

Odkurzając człowiek może sobie pomyśleć, a myślenie polega m.in. na przewidywaniu przyszłości na podstawie przeszłości. Nie jestem zwolennikiem tezy, że historia się powtarza, ale przecież cała konstrukcja świąt polega na tym, żeby to było powtórzenie. Widzę już zatem oczami wyobraźni, jak zanim zapadnie zmrok odbędzie się coroczna dyskusja przedwigiljna, czy zaczynać po południu razem z pojawieniem się pierwszej gwiazdy na niebie, czy później, także z prozaicznego względu, że znany z imienia i nazwiska członek rodziny wtedy upije się później. Dyskusja nie została skonkludowana, kiedy słychać, że przyjechali teściowie. A ponieważ teściowa przywiozła ze sobą w pojemnikach bigos i zupę grzybową, chociaż wiedziała, że my robimy bigos i zupę grzybową, więc muszę hop do samochodu i kupić garnek. Wszyscy mnie pocieszają, że nic nie szkodzi, bo i tak garnek się przyda. Postanawiam twardo dbać o idealny nastrój przedświąteczny i nie wyjaśniać na czym polega heideggerowskie „się”. Co mi tam, na garnek mnie nie stać? Ale w sklepie są już tylko gorsze garnki, takie z cienkim dnem, nie baczę na to i nabywam jeden średnio duży, bo innych nie ma.

Kiedy po dwu godzinach wracam, odkurzacz stoi tam, gdzie go zostawiłem, bo rzeczywiście nóg nie ma i sam jeszcze odkurzać nie potrafi (już o takich słyszałem, ale podobno jeden pokój zajmuje im godzinę i potem muszą się ładować cztery kolejne - całkiem je rozumiem). Stół już nakryty, sianko i owszem jest, co powoduje, że kieliszki nierówno stoją i będą się przewracały, ale to dopiero z czasem. Nakryte jest także dla wędrowca, który i tak nie przywędruje, ale dzieci różnego wieku i płci (co mi zresztą zależy na ich płci, to i tak nie moje dzieci), podnoszą lament, że wędrowiec nie dostał noża do ryby. Jak się okazuje - już więcej nie ma, jednak nikt nie śmie sugerować, żebym zrobił hop do samochodu i pojechał po jeden nóż do ryby, zresztą po jednym nie sprzedają, więc trzeba by sześć. Jakoś „się” uspokajamy wzajemnie, że przecież ostatecznie wędrowiec może zjeść rybę zwyczajnym nożem. I tak zresztą sprawa ryby nie jest jeszcze do końca wyjaśniona.

Na wszelki wypadek „się” wyjęło zarówno łososia, jak i halibuta. Głosy są silnie podzielone. Włączam się do dyskusji i wyjaśniam, że za moich czasów młodzieńczych nikt o takich luksusach nie myślał, a następnie przypominam opowiadaną przeze mnie za każdym razem historię o karpiu. Wiem, że ten fragment o mordowaniu karpia zrobi przyjemność dzieciom i wzbudzi szacunek teściowej, kiedy to okazuje się, że plotę bzdury, a odkurzacza nie sprzątnąłem. Więc wyjaśniwszy, że zjem i łososia i halibuta oddalam się, by popatrzeć na wiadomości w internecie. Ale już zbliża się kolacja wigilijna i wszyscy wszystkich ogromnie lubimy przy dzieleniu się opłatkiem.

Dzieci prezenty obejrzały, my ledwie dyszymy od tego postu z ponad 11 dań. Wyposzczeni tacy, że jakoś gęby nam poczerwieniały. Powoli zaczynamy śpiewać kolędy, to znaczy puszczam je szybko z wieży, żeby nie daj Boże ten kuzyn, co lubi wcześniej niż inni, nie zaczął śpiewać. Ukolędowani chowamy powoli wszystko ze stołu, a tu się okazuje, że do lodówki za nic nie wejdzie ani galareta, ani barszcz. Szczęśliwie pora taka, że nawet gdybym chciał hop do samochodu i kupić lodówkę, to już i tak wszystko zamknięte, chociaż ktoś sugeruje nieśmiało, że Tesco pewnie otwarte. Udaję, że nie słyszę.

Ranek wstaje piękny i romantyczny, wszędzie wokół błoto, śniegu ani śladu. Więc nie zwlekając zasiadamy do stołu. Jakaż odmiana: już nie ma grzybowej, już nie ma pasztecików z grzybami, ani grzybków w marynacie - za to jest szynka, polędwica, pasztet. Nadchodzi kuzyn i "się" pyta, czy jeszcze nic nie piłem. Nie wiem, co lepiej powiedzieć - piłem czy nie piłem, ale kuzyn twardy człowiek i jasno stwierdza naocznie, że nie piłem. Bierze mnie na bok i wyjaśnia, że w jego ocenie, to do jutra nie starczy bo "się" wypiło. Więc robimy hop do samochodu, teraz już on będzie płacił, i jedziemy na stację benzynową, tam ruch jak piorun, wszyscy coś w torebkach noszą. Wracamy i już się zaczyna śniadanie. Wszyscy wymęczeni, nawet na pasztet patrzeć nie chcą, tylko myślą jak tu dotrwać do wieczora, bo przecież dopiero dwunasta. "Się" dotrwa, zdrowe to przecież święta i wesołe, czego i Państwu życzę.