Sam neokonserwatyzm natomiast nie jest ideologią, a już na pewno nie w takim rozumieniu tego słowa, jakie obowiązywało w Europie Środkowo-Wschodniej czy też krajach byłego bloku sowieckiego.
Nie był nigdy skupiony wokół jakiejś konkretnej partii, był zawsze po prostu szerokim spektrum idei - często nawet pozornie sprzecznych - formułowanych przez dwa czy trzy pokolenia
myślicieli. Jeśli więc weźmiemy pod uwagę złożoność tych podstawowych koncepcji, trudno uznać, że neokonserwatyzm jest już nieaktualną ideą. Wręcz przeciwnie.
Nie wydaje mi się, żeby kryzys w Ameryce miał bezpośredni związek z działaniami prezydenta Busha. Wina za problemy gospodarcze leży po stronie instytucji finansowych, które są odpowiedzialne
za kryzys na rynku nieruchomości. Jeśli miałbym wskazać na bezpośredni związek gospodarki z polityką, to byłby to utrzymujący się od wielu lat w USA deficyt budżetowy, po części
spowodowany właśnie wydatkami na wojnę w Iraku. To z niego wynika dzisiejsza słabość dolara. Ale przedstawiony niedawno przez George’a Busha pakiet stymulacyjny na pewno uspokoi
sytuację i obywateli.
Jeśli zdefiniujemy neokonserwatyzm jako zbiór koncepcji, a nie spójną ideologię, wówczas wyraźnie widać, że wciąż ma on - i nadal będzie miał - olbrzymi wpływ na myślenie
amerykańskich polityków. Niektórzy zwolennicy amerykańskich interwencji zbrojnych, jak na przykład Norman Podhoretz, udzielili przecież poparcia byłemu burmistrzowi Nowego Jorku
Rudy’emu Gulianiemu, który jako właściwie jedyny aż do dziś broni interwencji w Iraku. Choć prawdę powiedziawszy, Giuliani nie ma raczej szans na uzyskanie nominacji Partii
Republikańskiej w wyborach prezydenckich.
Kiedy nadchodzi czas wyborów prezydenckich, ci, którzy chcą dojść do władzy, siłą rzeczy definiują siebie w opozycji do partii, która właśnie sprawuje władzę. Tak właśnie robią teraz
Demokraci. Nie wydaje mi się jednak, by po ewentualnej wygranej demokratycznego kandydata - Hillary Clinton czy Baracka Obamy - amerykańska polityka miała ulec poważnej zmianie. Żaden z
demokratycznych kandydatów nie jest bowiem orędownikiem izolacjonizmu USA, więc będą kontynuować zmiany, które rozpoczęła obecna sekretarz stanu Condoleezza Rice: położą nacisk na
współpracę i szukanie sojuszników na świecie. Z pewnością będą też kontynuować budowę systemu obrony antyrakietowej w Europie Wschodniej - co ma szczególne znaczenie dla Polski.
Demokraci mogą być natomiast mniej niż dotychczas zainteresowani otwarciem rynku amerykańskiego. Jeśli chodzi o Bliski Wschód, również niewiele ulegnie zmianie. Możemy się natomiast
spodziewać kilku symbolicznych gestów - Demokraci doprowadzą do zamknięcia obozu dla terrorystów w Guantanamo i odetną się od stosowania tortur bardziej zdecydowanie niż Republikanie. Ale to
wszystko.
W Partii Republikańskiej już od pewnego czasu toczy się dyskusja, jak ma wyglądać amerykańska polityka. Bez względu na to, czy zwycięży McCain, czy kandydat demokratów, nie należy się
spodziewać, że powtórzy się kadencja taka jak pierwsza kadencja Busha - mam na myśli ataki z 11 września i początek walki z terroryzmem, misję w Afganistanie i wojnę w Iraku. Wydaje mi się,
że ewentualna przegrana zmusi Republikanów do dokładniejszego przemyślenia przyczyn porażki i ponownego opracowania najważniejszych koncepcji. W tym również koncepcji neokonserwatywnej.
Franck Fukuyama, amerykański politolog, filozof polityczny i ekonomista