Jedno da się o nim powiedzieć z pewnością. Pozostał intelektualistą starej szkoły. W pewien sposób konserwatystą, nie politycznym, ale kulturowym na pewno. Tak o tym opowiada dawny polityk prawego skrzydła Unii Demokratycznej: "Pytam go kiedyś, czy we francuskiej nauce istnieje jeszcze kryterium prawdy. W socjologii już nie, ale w historii, ciągle tak, mówi mi z leciutkim przekąsem".

Reklama

Jeśli w polskiej historii kryterium prawdy ma znaczenie, Bronisławowi Geremkowi należy się sprawiedliwa wyważona ocena. Mimo zbiorowego wysiłku krytyków i wielbicieli aby mu to odebrać.

Robert Krasowski zauważył, że Geremek ma szansę, może bardziej niż którakolwiek z postaci zmarłych przed nim, stać się powszechnie akceptowanym, nawet jeśli wzbudzającym historyczne spory, lokatorem historycznego panteonu. Jak wielu przywódców innych państw, którzy dzieląc ostro społeczeństwo za życia, po śmierci stają się jego własnością. W przypadku Geremka powód, aby tak się stało, jest szczególny. To nie tylko jeden z liderów partyjnych czy szefów MSZ. To współtwórca polskiej niepodległości i demokracji. Człowiek, który wyruszając w sierpniu 1980 roku swoim volvo do Stoczni Gdańskiej, wszedł na drogę likwidatora realnego socjalizmu.

Geremek ma już zapewnione ważne miejsce w polskiej historii. Bo na to zasługuje, ale i dlatego, że nasze życie publiczne normalnieje. Nie oznacza to jednak, że jest normalne do końca. Dlatego używając nieco kiczowatej metafory, Profesor w panteonie się znajdzie, ale nie zawsze będzie mu tam najwygodniej.

Profesor i nikczemnicy

Sprawcami tego niepełnego komfortu będą przede wszystkim jego niedawni sojusznicy i wyznawcy. Adam Michnik, zrównując antygeremkową kampanię totalitarnego komunistycznego państwa z nieprzyjemnościami, jakie sprowadziła na Profesora demokratyczna polityka, nadał od pierwszej chwili ton, w jakim jego własne środowisko żegnało zmarłego. "Jak dowiodły późniejsze nikczemności, też z lat ostatnich, które o Bronku wypisywano, ta wiedza o mentalności nierządnic nie przestała być przydatna” - tak żegnał na gorąco zaprzyjaźnionego polityka naczelny "Gazety Wyborczej”. To zbyt przypominało wszystkie manifesty Michnika z ostatnich lat. Tak jakby śmierć ważnej dla niego postaci musiała być koniecznie jednym z wielu pretekstów do monotonnej łupaniny, w której role złych i dobrych są z góry rozdane.

A przecież Profesor nie został porównany do fuehrera, jak na początku lat 90. Wiesław Chrzanowski. Jego wizerunku nie umieszczono na okładce poczytnego tygodnika i nie opatrzono tytułem "Nienawiść" jak podobiznę Jana Olszewskiego. Nie został obwołany agentem jak Lech Wałęsa przez niektóre środowiska w ostatnich latach, ale też nie był przedstawiany jako oszalały populista z siekierą jak Wałęsa w roku 1990. Nikt nie powiedział mu jak Donaldowi Tuskowi w ferworze walki politycznej, że ma wilcze oczy, ani nie porównał go do Gomułki jak Jarosława Kaczyńskiego.

Nikt nie oczerniał go jako domniemanego alkoholika ani nie dworował sobie z jego dykcji, co spotkało obecnego prezydenta. Najmocniejsze słowa, jakie padły pod jego adresem, pomijając głosy z niszowych środowisk, to anegdota o tym, jak to poruszając się po schodach, nie wiadomo, czy wchodzi, czy też schodzi. W najświeższym sporze o niezłożone lustracyjne oświadczenie też trudno dostrzec Geremka męczennika. Jego krytycy mówili o nim z mieszaniną zażenowania sytuacją i respektu wobec głośnego nazwiska.

Ton Michnika został jednak podchwycony. Oto Magdalena Środa zajęła się na łamach "Wyborczej” znamiennym zbiegiem okoliczności. W czasie kiedy ginął Geremek, lider PiS Jarosław Kaczyński spotykał się z grupą zwolenników Radia Maryja. Środa dostrzegła w tym symbol: z jednej strony wielka Polska Profesora, z drugiej mała i pokręcona Polska Kaczyńskiego i ojca Rydzyka. Ta metafora stała się lustrzanym odbiciem decyzji narodowo-katolickiego "Naszego Dziennika”, aby schować wiadomość o śmierci tej ważnej historycznej postaci. Obie strony - i Środa, i "Nasz Dziennik” - tej rytualnej wojny na miny równie dobrze czują się w atmosferze dwóch Polsk.

O czym mowa pogrzebowa?

Gdy zaś Jacek Żakowski obchodzi stacje radiowe i telewizyjne, aby dosłownie w parę godzin po śmierci Geremka wygłaszać antypisowskie manifesty, poza niesmakiem musi się pojawić głębsza refleksja. Wyobraźmy sobie śmierć wybitnego polityka demokratycznego w USA. Czy w pierwszych chwilach jego partyjni koledzy zajęliby się kampanią rozpamiętywania krzywd, jakich zmarły miał doznać w ferworze politycznej walki od Republikanów? Przeciwnie, zależałoby im na tym, aby zmarły stał się, w możliwym stopniu, własnością całego narodu. Echa dawnych waśni pojawiłyby się także, ale jako dygresje. W Polsce stają się głównym tematem. Żakowski czy Michnik uważają zapewne, że analogie z Republikanami i Demokratami nie mają sensu - wszak dla nich Geremek to czyste dobro, wielkość i mądrość, jego przeciwnicy - zło, karłowatość i głupota. W swoim manicheizmie przypominają wyznawców Radia Maryja, którzy w podobny sposób, w totalnej konfrontacji wobec reszty świata, czczą swoich bohaterów.

Styl, w jakim opłakujący profesora Geremka ludzie odnoszą się do świata zewnętrznego, nasuwa mi skojarzenie z taką oto sceną. Odbywa się pogrzeb. Przybywa rodzina, także ci jej członkowie, którzy od lat nie utrzymywali ze zmarłym kontaktu. Może nawet się kiedyś poróżnili. Ktoś, kto ma wygłosić mowę pogrzebową, szybko przelatuje po zasługach zmarłego, byle przejść do dokopywania draniom. I w końcu już nie wiadomo, po co się ci wszyscy ludzie zebrali.

To zachowanie nie tylko brzydkie, ale w szerszym planie przeciwskuteczne. Wizerunek zmarłego polityka umieszczony na sztandarze nie jest niczym dziwnym. Ale jeśli w czasach względnego pokoju, w dobie normalnych demokratycznych sporów ten sztandar ma powiewać nad bitkami na pięści, musi to szkodzić mitowi.

Historia i kapliczki

Na tle tej gorączkowej akcji swoistego zawłaszczania Bronisława Geremka powściągliwość większości polityków i komentatorów centroprawicy wydała się nieomal krzepiąca. Ci ludzie nie mają powodów kochać zmarłego. Ich tożsamość wykuwała się w dużej mierze w opozycji do niego – od twardych prawicowców, którzy buntowali się niegdyś przeciw jego przywództwu w łonie Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego, po grupy odstępców od obu Unii. Nosiciele słusznych i niesłusznych żalów uznali na ogół, że miejscem bilansów powinny być historyczne artykuły i książki.

Reklama

Gdy już jednak do takiego obrachunku dojdzie, warto pamiętać o jednym. Historia pokawałkowana, podzielona na kapliczki o różnobarwnych ramkach, jest historią ułomną. Ułomną, gdy nie chce się jej sprowadzić wyłącznie do rytuałów zwartych ideologicznie środowisk. Gdy ma być w jakiejś mierze przynajmniej spuścizną narodu.

"Ostatnio oceniam ludzi po tym, czy potrafią powiedzieć coś ciekawego i niebanalnego o ZChN" - napisał w 1993 roku Ryszard Legutko. Rzecz w tym, że partia ta stanowiła kamień obrazy dla znaczącej grupy polskiej inteligencji. Jako symbol zacofania, fundamentalizmu. Legutko nie utożsamiał się ze Zjednoczeniem Chrześcijańsko-Narodowym, uznawał, że jego odwoływanie się do endeckich tradycji jest we współczesnych realiach źródłem dziwaczności. Ale przypominał, że radykalizm ZChN bywa demonizowany, a gotowość partii, aby w rządzie Suchockiej wspólnie z Unią Demokratyczną bronić modernizacji kraju, powinna kazać tym, którzy mieli do niej najwięcej pretensji - liberalnym inteligentom, spojrzeć na nią inaczej.

Słowa Legutki utonęły we wrzawie ideologicznej wojny. Dziś przypomniały mi się w nowym, zaskakującym kontekście. Bo warto sobie postawić pytanie: czy łatwo znaleźć kogoś, kto powie coś niebanalnego o Unii Demokratycznej i Unii Wolności. Także o jednym z jej historycznych przywódców. Nie wiemy, co wykluje się z banału dominującego we wspominkach entuzjastów. Ale ważne też, czy krytycy będą się umieli w jakiejś mierze przynajmniej uwolnić od schematów. Użytecznych może w doraźnej politycznej wojnie, ale ciążących, gdy przychodzi do ogólnonarodowych podsumowań.

Szklane domy inaczej

Mówimy o zjawiskach nieporównywalnych. ZChN było nieomal wyklęte przez znaczną część opiniotwórczych elit, Unia - kanonizowana, choć w nieco dziwaczny sposób, bo przecież trzeba przemilczeć wstydliwy ciąg jej politycznych porażek. Jednak obie partie, obie tradycje, prowokują do banału uogólnień i stereotypów - w najróżniejszych kierunkach.

W moim przekonaniu tylko raz polityka Profesora była klarowna od początku do końca - w latach 80., kiedy postawił na wyjście z komunizmu pod szyldem "Solidarności". Jak Wałęsa, Kuroń, Michnik, Lityński, ale i bracia Kaczyńscy, Aleksander Hall czy gdańscy liberałowie. Był to kierunek słuszny. W późniejszych latach Bronisław Geremek kierował się splotem najróżniejszych przesłanek, nieraz wewnętrznie sprzecznych.

Gdybym ja miał wskazać na to, co pozostanie po późniejszym Geremku i jego środowisku, przywołałbym scenę, którą zapamiętałem jako dziennikarz. Jest początek 1992 roku, klub Unii Demokratycznej zastanawia się, jak głosować nad orzeczeniami Trybunału Konstytucyjnego, które w imię praw nabytych emerytów i pracowników sfery budżetowej grożą budżetowi. Dodajmy, budżetowi wykonywanemu przez skłócony z UD rząd Olszewskiego. Część posłów optuje za odrzuceniem orzeczenia w imię finansowej odpowiedzialności. Większość ma wątpliwości - w tej liczbie Geremek - kierując się szacunkiem dla sądowych wyroków, ale i troską o ludzi, którzy są klientelą inteligenckiej partii. Profesor, zwykle wręcz majestatyczny, nie panuje nad nerwami. Krzyczą na siebie z Janem Rokitą, bo ten ostatni twierdzi: budżet przede wszystkim.

Bez wątpienia Geremek rozstał się z socjaldemokratycznymi przekonaniami. Czy słusznie? Wielu sądzi, że dawna lewica KOR-owska - Geremek, Kuroń, Lityński - powinna wytrwać na tych szańcach. Do dziś żalu do tego środowiska właśnie o tę dezercję nie ukrywa Ryszard Bugaj. Z kolei wielu antykomunistów ubolewa, że maszerując za liberalnymi zaleceniami Leszka Balcerowicza, grupa ta zrobiła zbyt wiele miejsca dla dawnych polityków PZPR.

Jednego wszakże nie da się tym ludziom odmówić. Gdy prześledzić politykę lat 90. jako cykl koniunkturalny, strona solidarnościowa porywała się na wielkie reformy: ekonomiczne, społeczne i instytucjonalne, podczas gdy postkomuniści zadowalali się korektami i trwaniem przy władzy. Częścią solidarnościowej strony - obok związkowców, narodowców i konserwatystów – byli unici. Może bezbronni wobec monetarystycznej balcerowiczowskiej logiki. Tak jak ZChN-owcy, broniąc budżetu, po części zdradzili swoich narodowo-katolickich emerytów, tak liderzy obu Unii pogubili swoich nauczycieli czy lekarzy. I zarazem okazali się wierni sobie. Nieprzypadkowo właśnie oni i ludzie ZChN, nie cierpiąc się z ideowych powodów, spotykali się w rządach: Suchockiej, później Buzka.

Przełomowe zmiany, którym patronowali, okazywały się często źle przygotowane. Były też jednostronne. Starzy, etosowi politycy Unii mówili: więcej konkurencji, ale nie zrobili nic, aby osłabić panoszenie się różnorakich korporacji. Szczerze wierzyli w etos publicznej służby, ale nie dowiedzieli się od zagranicznych przyjaciół, że takie normy jak choćby oświadczenia majątkowe ludzi władzy to na Zachodzie standard. A jednak przy kuriozalnych nieraz błędach w Profesorze i jego przyjaciołach było coś z wyznawców szklanych domów Żeromskiego. Tyle że oni swoją pasję, wyrażaną nazbyt drętwym, profesorskim językiem, oddali na służbę liberalnej modernizacji. Ostatecznie za cenę własnej porażki.

Dłużej klasztora...

Inną sceną, która mi się przypomina, jest moja i Igora Zalewskiego rozmowa z Profesorem w apogeum triumfów postkomunistycznej lewicy - po wyborze Kwaśniewskiego na prezydenta. My, dziennikarze "Życia Warszawy”, przekonujemy Geremka: oni mają przecież wszystko. Spogląda na nas figlarnie i pyta: Naprawdę nie wiecie panowie, że dłużej klasztora niż przeora?

Bez wątpienia Bronisław Geremek zrobił na początku lat 90. wiele, aby zahamować rozliczenia dawnego komunistycznego aparatu, rzucając swoje słynne "pacta sunt servanda". Niewątpliwie był też tym politykiem Unii, którego stanowisko wobec politycznego obozu postkomunistów bywało szczególnie niejednoznaczne. W 1992 roku od początku jest przeciwny forsowanym przez Mazowieckiego negocjacjom z partiami prawicy wspierającymi rząd Olszewskiego. W 1993 mówi o mądrym kompromisie z SLD. W 1995 patronuje wspólnemu z lewicą przechwyceniu mediów publicznych. W 1997 staje się symbolem solidarnościowej jedności w rządzie Buzka, ale potem jest jednym z tych, który grzebie tę koalicję.

Lecz równocześnie Profesor, kluczący, przyjmujący umizgi od Kwaśniewskiego, nigdy nie powiedział postkomunistom "tak", gdy chcieli od niego rządowej koalicji. Nie powiedział w 1993, gdy dawali Unii nieproporcjonalnie duży do jej liczby mandatów zakres władzy. Ani w 1996 podczas kryzysu wywołanego sprawą Oleksego, gdy ówczesny prezydent kusił wyjątkowo intensywnie. W zamian Geremek wysuwał nawet egzotyczne dla niego samego pomysły koalicji z ludowcami. A większość rządową tworzył w ostateczności zawsze z dawnymi kolegami z "Solidarności" - mimo wzajemnych rozlicznych żalów.

To zresztą w czasie tych wspólnych rządów Unia przyklepała lustrację, której obawiała się tak bardzo, a nawet współstworzyła wetowany przez Kwaśniewskiego Instytut Pamięci Narodowej. I to w ramach tego rzeczywistego współdziałania Geremek stał się jednym z czołowych wygaszaczy ideologicznych konfliktów. On, człowiek przywiązany do całego kanonu liberalnych nowinek obyczajowych, w 1995 roku podczas głosowania nad wetem Wałęsy do ustawy wprowadzającej aborcję na życzenie wstrzymał się od głosu. De facto wspierając to weto i zamykając postkomunistom możliwość politycznego rozgrywania tej kwestii.

Prawicowi krytycy Geremka kwitują te fakty przekonaniem, że jako człowiek wielkich ambicji nie chciał się wiązać z nazbyt już silnym postkomunistycznym partnerem. I że jako polityk wyczuwający społeczne nastroje szedł z prądem, podlizując się Kościołowi czy akceptując rozrachunki z czasami komunizmu. Ale przecież wiadomo i to, że w prywatnych wypowiedziach Geremek narzekał na flirty Michnika z postkomunistami, że nie aprobował pomysłów na pisanie historii PRL od nowa do spółki z Cimoszewiczem. Wiemy też, że wielu bliskich współpracowników Geremka z Unii w połowie lat 90. pod wpływem afery Oleksego zmieniło zdanie na temat rozliczeń z przeszłością. Sam pamiętam, jak na sejmowym korytarzu Jan Lityński i Bronisław Komorowski nie wahali się przy mnie, dziennikarzu, wyrażać przekonania, że dotychczasowe uporczywe trzymanie esbeckich papierów pod korcem to droga donikąd. Że trzeba coś z tym zrobić, nawet jeśli "Adam uważa inaczej”.

Dramat Profesora polegał na tym, że równie mocno jak dominacji ludzi dawnego komunistycznego aparatu władzy obawiał się zwycięstwa polskiej prawicy. Innym jego problemem było istnienie "Gazety Wyborczej”, która choć hołubila i wychwalala historycznych liderów UW, miała inne odruchy i priorytety. W czasie gdy Geremek szukał, skadinąd daremnie, patentu na społeczną równowagę miedzy prawicą i SLD, Michnik w kunsztownych tekstach przekonywał, że „aksamitna restauracja” postkomunizmu jest o niebo lepsza od antykomunisty "z twarzą bolszewika”.

Mój profesor Geremek

Ryszard Legutko pisał wówczas ironicznie o redaktorach, którzy są przekonani, że cala Polska to jedna wielka „Gazeta Wyborcza”. Kłopot Michnika polegał na tym, że nie zdołał przerobić na obraz i podobieństwo swojej redakcji nawet ukochanej partii – Unii Wolności. Kłopot Geremka był z kolei taki, że obie zrośnięte instytucje dzieliła coraz większa różnica potencjałów. Pamiętam jedną z kolejnych rocznic "Gazety Wyborczej” na Zamku Ujazdowskim. Przez tłum młodych, zapatrzonych w Michnika japiszonów przepycha się dumny, ale trochę osamotniony Profesor. Jego polityczne środowisko na tle potężnej gazety zaczęło się jawić jako grono powodowanych dobrą wolą, ale coraz starszych amatorów.

Ale to grono amatorów, choć coraz trudniej mu było oprzeć się gazecie, odegrało dziejową rolę. Gdyby w połowie lat 90. domknął się pod patronatem redakcji na Czerskiej historyczny kompromis solidarnościowych inteligentów z postkomunistami, kto wie, czy afera Rywina osłabiłaby tak łatwo oligarchiczny salon. Czy układ - jak to nazywa Cezary Michalski - "jednej partii i jednej gazety” dałby się tak łatwo zepchnąć ze sceny. Nie wiadomo, czym się kierował Geremek. Odruchem moralnym? Estetycznym? Przekonaniem, że w trwałym sojuszu z Kwaśniewskim i Millerem straci swoją pochodzącą z czasów "Solidarności" charyzmę. Może trochę i oglądał się na partię. Ale zdaniem świadków zdarzeń, na czele z Rokitą - po prostu nie chciał.

Potem w ogniu walki z PiS-owskim rządem jego środowisko raz jeszcze zmieniło poglądy, zapisując się do towarzystwa likwidatorów IPN i obrońców III RP za wszelką cenę, w jednym szeregu z ludźmi lewicy. Symbolem tej postawy stały się antylustracyjne protesty eurodeputowanego Geremka. Ale to jego wcześniejsza decyzja, czy może ciąg decyzji z lat 90., wpłynęła zasadniczo i pozytywnie na dzieje Polski. Mnie wydaje się to ważniejsze niż zagraniczne wpływy Profesora, nawet niż jego udział we wprowadzaniu Polski do NATO. Choć pewnie podręczniki tak tego nie ujmą.