16 stycznia 2021 r. grupa 10 nepalskich śmiałków dokonała rzeczy dotychczas niemożliwej – zdobyła zimą drugi co do wysokości szczyt Ziemi, czyli legendarne K2. Chcieli to zrobić Polacy, ale ich ostatnia wyprawa sprzed trzech lat zakończyła się niepowodzeniem. A chcieli, bo od lat na świecie uważa się takie wejścia za polską specjalność. By dojść do tej pozycji, trzeba było wybitnych himalaistów i… naprawdę dużych pieniędzy.
Reklama

Od Annasza do Kajfasza

Góry nie są tanie. Jak wylicza miesięcznik „Podróże”, koszty wyprawy w Himalaje, konkretnie na Mount Everest, wahają się od 30 do 45 tys. dol. Trzeba mieć pozwolenie na wejście (8–11 tys. dol.), wynająć tragarzy (5–6 tys. dol.) i mieć jeszcze pieniądze na „drobne wydatki” – przejazdy, transport jakami do bazy, żywność liofilizowaną, butle z tlenem, liny, poręczówki, dostęp do radia i internetu. Polski Klub Alpejski oferuje wyprawę na szczyt Mount Everestu za 130 tys. zł. Wielu stać na taką rozrywkę, więc wyciągają pieniądze i płacą bez szemrania.
Na pewno nie ma już powrotu do złotych lat 80. i 90., kiedy himalaizm zimowy był polską specjalnością. Brakuje doświadczonego teamu. Ale też wyrazistego lidera, który pociągnąłby całą grupę, mimo że uzdolnionych młodych wspinaczy nie brakuje
Inni szukają sponsorów, kuszą darczyńców, namawiają ludzi do internetowej zrzutki. Nawet nepalski wspinacz Nirmal Purja, który w styczniu tego roku zdobył K2, zbierał pieniądze na swoje wyprawy za pośrednictwem serwisów crowdfundingowych. Przyznawał na blogu, że wejście na Mount Everest jest wydatkiem rzędu 25–30 tys. funtów na osobę, z czego jedna trzecia to opłaty za pozwolenie na wspinanie. Z internetowego wsparcia korzystali Marek Klonowski i Tomasz Mackiewicz, przymierzając się do wejścia na Nanga Parbat. W sezonie 2013/2014 uskładali prawie 70 tys. zł, ale zdobyć szczytu się nie udało, bo pieniądze wiele ułatwiają, ale niczego nie gwarantują. Czteroosobowa wyprawa na Broad Peak, w której uczestniczył Kacper Tekieli, utytułowany alpinista i instruktor wspinaczki sportowej, kosztowała 80 tys. zł. Ale to nie była efektowna medialnie potyczka z żywiołem w zaspach i z licznymi odmrożeniami. Raczej zaawansowana technicznie przeprawa, a takie nie cieszą się zainteresowaniem masowej publiczności.
Pieniądze pochodziły ze środków własnych albo z wpłat od prywatnych sponsorów, toteż ekspedycja pozbawiona była spektakularnej oprawy.
Bo jeśli wycieczka w Himalaje jest reklamowana jako sprawa najwyższej wagi państwowej, wraz z zainteresowaniem rośnie cena. Narodowa wyprawa Polaków na K2 w 2018 r. kosztowała ponad 1,5 mln zł, z czego 1 mln zł w ramach dotacji przekazało ówczesne Ministerstwo Sportu i Turystyki. Do puli dorzuciły się miasto Kraków oraz spółki Skarbu Państwa – Lotos i Totalizator Sportowy. I choć ostatecznie nie udało się zatknąć na wierzchołku biało-czerwonej flagi, na całym świecie zmagania naszych wspinaczy śledziło ponad 300 mln odbiorców, co przełożyło się na wpływy z reklam przekraczające 91 mln zł. Pieniądze na K2 pochodziły w przeważającej większości ze środków publicznych, czyli od podatników. A efektu nie było, bo szczyt pozostał w sferze marzeń. Zdaniem części środowiska lepiej było przeznaczyć te pieniądze na dotowanie szkółki młodych, perspektywicznych wspinaczy niż sprzedawać drogo przebrzmiałe sny o potędze polskiego himalaizmu.