Premier Mateusz Morawiecki wypadł w Strasburgu poważniej oraz bardziej rzeczowo niż zastęp atakujących go europosłów. Jego główny argument – że prawo Unii Europejskiej jest nadrzędne wobec krajowego tylko w granicach przyznanych traktatami kompetencji – brzmiał przekonująco. Podobnie jak wyrażana obawa, że tych kompetencji nie powinien arbitralnie rozszerzać Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej, zaś regułą powinien być pluralizm konstytucyjny, dopuszczający w państwach Wspólnoty różne rozwiązania ustrojowe.
Reklama

Ile Unii, ile Polski

Nikt z polemistów do tych argumentów w zasadzie się nie odniósł. Zamiast tego oskarżano Morawieckiego o niszczenie w Polsce demokracji, praworządności i o rozbijanie UE. Kilku mówców powtórzyło zarzuty rodzimej opozycji (aktywnie uczestniczącej poprzez swoich europosłów w strasburskiej debacie), że dąży do polexitu. Nawet gdyby oskarżenia o naginanie praworządności były prawdziwe, podczas tej dyskusji nikt nie wskazał, na podstawie jakich przepisów Unia ma prawo wtrącać się w nasze wewnętrzne sprawy.
Oczywiście wszystko to jest bardziej skomplikowane. TSUE przywołuje normy, które miały być podstawą ingerencji – przede wszystkim art. 19 Traktatu o Unii Europejskiej. Tyle że wskazany fragment brzmi dość enigmatycznie: „Państwa członkowskie ustanawiają środki niezbędne do zapewnienia skutecznej ochrony prawnej w dziedzinach objętych prawem Unii”. To jest zadekretowanie związków między sądownictwem UE i sądami państw członkowskich.