W opublikowanych w środę badaniach CBOS najciekawsze są trzy wątki. Pierwszy dotyczy wiary w Boga. Trzydzieści lat temu deklarowało ją 94 proc. zapytanych o to Polaków. Obecnie jest to 87,4 proc. Odnotowany spadek jest zatem znikomy, a zważywszy na możliwe błędy badawcze, można wręcz powiedzieć, iż w tej kwestii niewiele się w Kraju nad Wisłą zmieniło. Jeśli dodamy do tego wyniku - jako uzupełnienie - iż wedle statystyk GUS w III RP w 2019 r. żyło ok. 33 mln Polaków ochrzczonych w Kościele katolickim, to wniosek nasuwałby się jeden. Mianowicie w Polsce musi być on potęgą. Tymczasem jak naprawdę jest, każdy widzi.

Reklama

Wszechwładza Kościoła to wymysł Lewicy?

Ściślej mówiąc, im ktoś ma bardziej lewicowe poglądy, tym mocniej wyolbrzymia wszechwładzę Kościoła. Ci blisko politycznej ściany postrzegają go jako monstrualną ośmiornicę, zarządzającą z ukrycia wszelkimi elementami codziennego życia Polaków. Coś równie potężnego i przerażającego jak dla skrajnej prawicy spisek Sorosa, Gatesa, Klubu Bilderberga i koncernów produkujących szczepionki.

Z kolei im bardziej na prawo, tym większe zaniepokojenie kondycją Kościoła i poczynaniami jego hierarchów. Acz nadal trwa chwytanie się jak pijany płotu twierdzenia, że skoro przetrwał on dwa tysiące lat dziejowych burzy, to i obecną nawałnicę przetrzyma. Natomiast jako główną przyczynę obecnych trudności upatruje się nowe prądy ideowe napływające z Zachodu, tamtejsze elity polityczne i intelektualne wspierające laicyzację, tożsame z nimi lewicowo-liberalne media oraz modę na hedonizm i konsumpcjonizm. Do tej listy zagrożeń jakiś czas temu dodano na prawicy w Polsce jeszcze postępowego papieża Franciszka.

Jednak od subiektywnego postrzegania Kościoła ciekawsze są twarde liczby. Te w badaniach CBOS tworzą jeszcze dwa wątki, odnoszące się do grup wiekowych. Z grupy trzydziestolatków niegdyś regularnie brało udział we mszy świętej 62 proc., a dziś to jedynie 26 proc. Natomiast regularnie praktykujących osiemnastolatków doliczono się ledwie 23 proc. Oznacza to, że wiara w Boga już nie łączy się u nich z potrzebą uczestniczenia w obrządkach religijnych.

Kościół płaci rachunek za krzywdy?

Jeśli ten trend się utrzyma, to wraz z wymieraniem starszego pokolenia Kościół katolicki w III RP będzie po prostu zanikał. Wbrew pozorom jest to najlepsze słowo, ponieważ tej instytucji nie tworzą paradujący w biskupich szatach hierarchowie i liczne świątynie, lecz zwykli wierni oraz szeregowi księża. Zaś ich także zaczyna ubywać. Wedle danych opublikowanych ostatnio przez "Tygodnik Powszechny" w ciągu dekady liczba powołań w Polsce spadła prawie o 300 proc. Jeszcze w 2014 r. w seminariach nauki pobierało 7465 kleryków, dziś jest ich już tylko 2556. Nie dość więc, że nastolatki nie zachodzą do świątyń, to na dodatek coraz bardziej brakuje w nich młodych księży, którzy przecież najłatwiej mogliby znaleźć wspólny język z rówieśnikami. To z kolei zapowiada nieuchronne rozpędzanie się zanikania i to w momencie, kiedy i tak już następuje ono całkiem szybko.

Na dziś najmocniej napędza go niekończąca się seria skandali obyczajowych oraz kryminalnych związanych z nadużyciami seksualnymi i gwałtami, popełnionymi przez księży. Z lubością nagłaśniają je media (zwłaszcza te antyklerykalne), a Episkopat nie może zaprzeczyć, iż przez dekady zamiast usuwać ze stanu duchownego seksualnych dewiantów i oddawać w ręce aparatu sprawiedliwości, otaczano ich ochroną. Co gorsza, przenosząc takie indywidua z parafii do parafii, dawano im możność znajdowania nowych ofiar.

Kościół w Polsce zaczyna więc płacić rachunek za lata nie tylko krycia kryminalistów ale też obłudy i sprzeniewierzania się temu, co jednocześnie głosił wiernym. Teraz w oczach młodego pokolenia odsyłani z parafii do parafii sprawcy gwałtów homoseksualnych i aktów pedofilii, o których opowiadają coraz liczniejsze filmy dokumentalne, fabularne, dziennikarskie śledztwa, to całkiem spory kamień wiszący u szyi Kościoła. Ale nawet gdyby w uczciwy sposób udało się Episkopatowi go pozbyć, i tak nie oznacza to końca kryzysu. Pozyskanie zaufania i przyciągnięcie do siebie młodych wymagałoby bowiem innych, fundamentalnych zmian.

Instytucja prymasa straciła znaczenie?

Tymczasem słabemu rozliczaniu się z grzechami towarzyszy jeszcze słabsze przywództwo. W czasach Rzeczpospolitej Obojga Narodów tytuł prymas Polski miał olbrzymie znaczenie. Gdy umierał król, to do czasu wyboru nowego to prymas automatycznie zostawał zastępca monarchy z tytułem interrexa. W II Rzeczpospolitej i podczas okupacji Kościołowi przewodził zdolny polityk i jednocześnie charyzmatyczny lider kardynał August Hlond. Z kolei w PRL, gdy władze ze wszelkich sił starały się laicyzować społeczeństwo, kardynał Stefan Wyszyński okazał się przeciwnikiem, z jakim nie potrafiono sobie poradzić. Ani Bierut, ani Gomułka, ani też Gierek nie zdołali podporządkować sobie prymasa, lub choćby go skompromitować. Cokolwiek robiła władza, on w oczach wiernych zachowywał swój ogromny autorytet.

To, jak potężną instytucją stał się w PRL Kościół katolicki, najdobitniej pokazywały lata 80. Świątynie pękały w szwach od wiernych, a reżym gen. Jaruzelskiego i demokratyczna opozycja zgodnie widziały arbitra w osobie kardynała Józefa Glempa. Ilekroć zaostrzała się sytuacja, wówczas zarówno rządzący, jak i podziemie "solidarnościowe" o pomoc prosiły prymasa. Natomiast w roku Anno Domini 2021 ile z osób czytających niniejszy tekst bez zastanowienie odpowie na proste pytanie – jak nazywa się obecny prymas Polski? Aby zaoszczędzić konieczności googlowania podpowiem – abp Wojciech Polak. Zresztą obecnie tytuł prymasa ma głównie symbolicznie-prestiżowe znaczeni, bo Kościołem kieruje kolegialnie Konferencja Episkopatu Polski. Zaś jej pracami zarządza przewodniczący prezydium abp Stanisław Gądecki.

Zbiorowe przywództwo i zbiorowa odpowiedzialność w każdej instytucji mają to do siebie, że w efekcie nikt nie rządzi, za to wszyscy spiskują (próbując zwiększyć zakres posiadanej władzy) i równocześnie nikt nie bierze na siebie odpowiedzialności. Tak uzyskuje się stan wiecznego bezwładu, aż do momentu katastrofy lub dużo milszego, bo błogiego zaniku.

Siedem grzechów głównych plus zbyteczność

Wobec braku lidera trudno liczyć na jakiekolwiek zdecydowane działania, zmuszające duchowieństwo, żeby skuteczniej nie ulegało urokom siedmiu grzechów głównych (dla przypomnienia są to: pycha, chciwość, nieczystość, zazdrość, łakomstwo, gniew oraz lenistwo). Z tego samego powody Kościół daje się sprowadzać do roli narzędzia w rękach, coraz śmielej używających go polityków. Zaś odpływ wiernych i ataki mediów sprawiły, iż większość hierarchów wręcz uwiesiła się na obecnym obozie władzy, szukając tam opieki. Zważywszy na ich wiek i odpłynięcie od teraźniejszości prawdziwym cudem byłoby, gdyby potrafili przyciągnąć do świątyń młode pokolenie.

Jednak pośród tej listy słabości, fatalnie rokujących na przyszłość, największą może okazać się - zbyteczność. Przez cały XX wiek Kościół katolicki, a zwłaszcza zwykli księża okazywali się bardzo potrzebni Polakom, i to nie tylko w sferze życia duchowego. Na początku poprzedniego stulecia dla społeczeństw w zaborze pruskim i rosyjskim byli ostoją polskiego języka i kultury. W czasie I wojny światowej parafie stały się lokalnymi centrami wzajemnej pomocy dla wszystkich, którzy jej potrzebowali. Wraz z nadejście epoki totalitaryzmów: komunistycznego i faszystowskiego, to chrześcijaństwo okazywało się ich zaprzeczeniem. Kościół katolicki stał się jeszcze bardziej potrzebny Polakom podczas II wojny światowej i potem w czasach Polski Ludowej. Znajdowali w nim poczucie jedności, skrawki bezpieczeństwa i wolności. Zaś prymas wraz z dużą częścią duchowieństwa starali się rezonować na potrzeby wiernych.

A dziś do czego właściwie jest potrzebny Kościół młodemu pokoleniu, poza zapewnieniem obsługi tradycyjnych obrządków, jak chrzciny, śluby i pogrzeby. Pytanie kluczowe, bo określające to, co czeka Kościół w przyszłości. Na razie jedyna optymistyczna odpowiedź brzmi, że skoro przetrwał w Polsce liczne burze przez tysiąc lat, to i tym razem da radę. Tylko niezwykle trudno zauważyć, jak właściwie chce to zrobić.