: Wilno od początku wojny trwało w zawieszeniu. Czuło się dalekie od frontu, zdane tylko na wiadomości i relacje. Rok szkolny
zaczął się z opóźnieniem. Ojciec postanowił nawet, że razem z siostrą zostaniemy dłużej na wsi. Razem z naszymi gospodarzami spędzaliśmy godziny przy radioodbiorniku. Kiedy
usłyszeliśmy, że padło Westerplatte, był jeden wielki płacz. W Wilnie zaczęło się roić od uchodźców, głównie z Warszawy. I nadeszła ta niedziela, 17 września. Radio podało, że Armia
Czerwona wkroczyła do Polski. Pamiętam dwie rzeczy. Poczucie kompletnego zagubienia. Co teraz będzie? Druga wojna? Bo to nie były wiadomości z frontu, o walkach. Zaraz potem msza w katedrze,
koło której mieszkaliśmy. Śpiewaliśmy razem po mszy: Boże, coś Polskę. Ale dlaczego: ojczyznę wolną pobłogosław, Panie? Dlaczego nie: "zachowaj"? Następnego dnia nie
było szkoły. We wtorek rano ojciec po powrocie z miasta powiedział, że bolszewicy już tu są. Wkroczyli od wschodu. Szli od dworca kolejowego, przez Ostrą Bramę, rynek, koło uniwersytetu.
Dokonało się to tak "zwyczajnie", bez jednego wystrzału.
Bez serii z karabinów, odgłosów bitwy, krzyków. Później, gdy przez miasto przechodziły kolejne fronty, toczyły się regularne walki, ginęli ludzie. Najpierw w 1941 roku uderzenie Niemców,
potem w 1944 - Sowietów. Za każdym razem były bombardowania, gwizdy kul na ulicach i flary świecące długo w nocy. Ale w 1939 nic. Było jakoś tak cicho. Ojciec najpierw nie wypuszczał nas z
domu. Potem koleżanki opowiadały, że widziały ciężarówki z aresztowanymi polskimi żołnierzami. A ja zapamiętałam z tych pierwszych godzin i dni ludzi z czerwonymi opaskami na rękach
stojących tłumnie na ulicach. Spokojnych, nawet zadowolonych. To byli niemal wyłącznie Żydzi (wtedy stanowili 30 proc. ludności miasta). W mieście nagle pojawiło się pełno plakatów po
polsku witających Armię Czerwoną. Ja, przechodząc koło nich, zwyczajnie, po szczeniacku, zdarłam jeden z nich.
czytaj dalej
Byłam w szoku, gdy patrzyłam na swoich sąsiadów witających wrogów z uśmiechem na ustach. Wtedy tego nie rozumiałam, miałam tylko 14 lat. Ale skutecznie wyleczyłam się z tej traumy dwa lata
później, gdy widziałam tych samych żydowskich mieszkańców Wilna spędzanych do getta i zaczęły dochodzić wieści o masowych egzekucjach w Ponarach. Ci ludzie przez pierwszą połowę
września żyli w potwornym lęku przed Niemcami. Wiedzieli już, co działo się w Niemczech przed wrześniem, a potem w Polsce. Armia Czerwona dawała im złudne poczucie bezpieczeństwa, zapory
przed hitleryzmem. W następnych dniach zaczęły się aresztowania wśród znanych ludzi. Między innymi ojciec mojej koleżanki, wiceprezydent Wilna, został zabrany 2 października. I wszelki
ślad po nim zaginął.
Groza narastała powoli. Również dlatego, że okręg wileński został oddany Litwie. To było już 10 października. Sytuacja miała się odmienić dopiero po 21 lipca 1940, gdy Litwa stała się republiką, a następnie między 3 a 6 sierpnia razem z Łotwą i Estonią "spontanicznie" poprosiła o wcielenie do ZSRR. Ale do tego czasu trwało udawanie, że to jest Litwa. Funkcjonował obóz internowania dla polskich oficerów, ale Litwini ułatwiali im ucieczkę przez Bałtyk do Norwegii, Szwecji. Prasa relacjonowała wojnę ZSRR z Finlandią (od 30 listopada 1939 do 12 marca 1940). Szkoły i kościoły były otwarte. Choć dochodziło do ostrych bójek między nacjonalistami litewskimi a Polakami, a nauczyciele uczyli języka litewskiego jako osobnego przedmiotu. Ale nawet religię jeszcze wtedy mieliśmy w szkole.
Bo i niebo za Sowietów zaciągało się powoli. Ale nieubłaganie. Nie było tego hitlerowskiego szaleństwa, z bombardowaniem bez opamiętania, rozjeżdżaniem czołgami, masowym zabijaniem na
ulicach. Sowieci postępowali planowo, po cichu. Tak jakby wiedzieli, że nic i nikt nie jest w stanie im przeszkodzić.
Przede wszystkim we wrześniu i październiku 1939 to była zupełnie inna armia niż ta, która kilka lat później odbierała Niemcom Wilno. W 1944 roku to była armia frontowa. Pijana do
nieprzytomności, agresywna, rabująca ludzi na ulicach. Do tego potworne opowieści o gwałtach. Póki co we wrześniu 1939 roku do Wilna weszła armia nędzarzy. Obdarta, nierzadko z karabinami na
sznurku. Byłoby to nawet żałosne, gdyby nie spiczaste czapki z czerwoną gwiazdą.
Natychmiast zapanowała pustka w sklepach. Również dlatego, że rodziny radzieckich oficerów rzucały się na wszystko, co było na półkach. Na drugi, trzeci dzień zaczęło brakować jedzenia. Władza radziecka nie potrafiła zapewnić dostaw, chłopi nic nie dowozili. Taka nędza trwała do czasu oddania Wilna Litwinom.
czytaj dalej
W tamtych dniach w ludziach najmocniejsze było poczucie klęski wrześniowej. Mój ojciec nigdy nie politykował, ciężko pracował, żeby nas utrzymać. Ale przekonanie, że wielu żołnierzy nie
zdążyło się zmobilizować. I że rząd uciekł. Tak się to odbierało. Tak o tym mówili uciekinierzy z Warszawy. Na Boże Narodzenie 1939 roku mieliśmy u siebie rodzinę ze stolicy. Bez głowy
domu, oficera, który był w wojsku. Kobieta nie wiedziała, czy jej mąż zdążył uciec przez południową granicę do Rumunii, czy jednak znalazł się wśród jeńców, którzy trafili potem do
Katynia, Miednoje. Poczucie opuszczenia, beznadziei było powszechne. Frazesy sprzed kilku tygodni, że jesteśmy silni, zwarci i gotowi. Piosenki w radio na cześć Rydza-Śmigłego, które do dziś
mam w uszach, bo grano je na okrągło. Nieustanne przekonywanie, że możemy bronić się długo. To dlatego klęska tak bolała.
Bolszewicy. W domyśle: ci, którzy najechali na Polskę w 1919 roku, ale udało się ich przepędzić. Ale obawiam się, że wieś podwileńska odbierała sprawy inaczej. Bo niektórzy ludzie na
pytanie, kim są, Polakami czy Białorusinami, odpowiadali: nie wiemy, my tutejsi. Dla nich nowa władza była złudnie przyjazna, jeszcze nie zabierała chłopom ziemi, nie wcielała do kołchozów.
A przed wojną administracja polska na Kresach Wschodnich, wiadomo, zachowywała się różnie. Ci, co nie mówili po polsku, byli szykanowani. Chodzenie do cerkwi było źle widziane, w szkołach
uczono wyłącznie po polsku.
Tak było. W 1941 roku już pierwsze uderzenie niemieckie zmiotło Armię Czerwoną z ziem polskich głęboko na tereny rosyjskie. Ale nadeszła przerażająca zima. Czterdziestostopniowe mrozy, na
które Niemcy nie byli absolutnie przygotowani. Byli zajęci walką na froncie, tym, co dzieje się w Generalnej Guberni, i własnym przetrwaniem. Nam wydawało się wtedy, że potrafimy
konspirować, bo nie wpadaliśmy za często. Owszem, Niemcy aresztowali, rozstrzeliwali, ale m.in prowadzono komplety, zdawaliśmy maturę, działał tajny uniwersytet. A w tajnym harcerstwie
odbywałyśmy kursy pielęgniarstwa, by potem pomagać partyzantom. Gdy ponownie nastała Armia Czerwona, wszystko się zmieniło. To dopiero była władza, która kontroluje wszystko i potrafi
każdego dopaść. Trwały masowe aresztowania w szeregach AK, która wcześniej z Armią Czerwoną zdobywała Wilno.
czytaj dalej
Pamiętam oddział jeńców sowieckich prowadzony ulicą przez Niemców. Byli krańcowo wycieńczeni, bliscy śmierci. Córka znajomej sklepikarki rzuciła im kawałek chleba. Została natychmiast
zgarnięta przez Niemców. Matka wykupiła ją w ostatniej chwili z transportu kolejowego. Długo miałam przed oczami ten obraz. Kiedy potem Wilno było znowu sowieckie, szłam raz koło ruin, przy
których pracowali jeńcy niemieccy. Jeden z mężczyzn zawołał do mnie: Brot, Brot. Stanęła mi przed oczami tamta scena, w której umierający wlekli się ulicą, a tamta dziewczynka o mało nie
straciła życia. Udałam, że nie słyszę wołania głodnego człowieka. Do dzisiaj mi wstyd. Takie także ślady zostawia wojna.
O Katyniu dowiedzieliśmy się zaraz po tym, jak Niemcy upublicznili sprawę, w nocy z 12 na 13 kwietnia 1943 roku. Z Wilna pojechał wtedy Józef Mackiewicz. W ramach tzw. gadzinówki, czyli
polskojęzycznej gazety, która miała oficjalne pozwolenie Niemców na ukazywanie się. Po jego powrocie "Gazeta Codzienna" opublikowała wywiad z nim pod tytułem
"Widziałem na własne oczy" (Mackiewicz dostał za to od PPR wyrok śmierci - red.). Nie mieliśmy wątpliwości, że to sowiecka zbrodnia. Pamiętam zdjęcia, relacje i łzy.
Jednak, że dzieje się coś złego, wyczuwaliśmy dużo wcześniej. Bo rodziny, które miały w niewoli sowieckiej ojców, mężów i synów, przestały dostawać od nich korespondencję na wiosnę
1940 roku.
Zostawiałam swoje miasto i grób mamy. To wystarczy za odpowiedź. Starzy księża z mojej parafii uważali, że tu trzeba trwać, choć to straszny los. Ale obie z siostrą marzyłyśmy o studiach.
Poza tym narastało przekonanie, że Litwa pozostanie radziecka. I że "oni" zrobią porządek ze wszystkimi i wszystkim. Zresztą to było widać, księżą już znikali.
Wiedzieliśmy, że nie utrzymamy się na powierzchni. Jako Polacy i ludzie wierzący. Do transportu z Kresów trzeba było się zarejestrować. Traciło się przez to prawa do wszystkiego: majątku,
mieszkania. Potem było czekanie na transport, każdy dokładnie ponumerowany. Załapaliśmy się na jeden z ostatnich. Jechaliśmy do Krakowa ze względu na uniwersytet i masę wileńskich
przyjaciół, którzy już tam byli. Nasz transport przejeżdżał przez Warszawę, której wtedy nie było, tylko gruzy. W Wilnie Sowieci zamieniali już kościoły na magazyny, wysadzali w
powietrze krzyże. A Kraków stał taki, jak przed wojną.
*Józefa Hennelowa, od 1948 do 2008 r. redaktorka "Tygodnika Powszechnego", posłanka na Sejm X i I kadencji