: Były dwa polskie plany obronne: "Z" jak "Zachód" i "W" jak "Wschód". Prace nad tym drugim
zostały zaniechane na kilka miesięcy przed wrześniem. Skupiono się wyłącznie na planie "Z", który miał służyć do obrony przed nazistami. W miarę nasilających się
żądań i kampanii propagandowej Niemiec, oskarżającej Polaków o wszelkie bezeceństwa, z mordowaniem niemowlaków włącznie, sprawy sowieckie przesunęły się na dalszy plan. Zresztą wojskowi
stratedzy wiedzieli, że nie możemy bić się na dwa fronty.
Były takie sygnały, ale wszystko działo się strasznie szybko. Do 22 sierpnia Sowieci utrzymują pozory nie tylko neutralności, ale i rozmów o sojuszu i współpracy wojskowej z Wielką
Brytanią i Francją. Oczywiście w tym czasie zakulisowo grają na dwóch fortepianach. Pojawiały się drobne sygnały wywiadowcze, że coś się szykuje, ale były one niewystarczające. Ponadto
szanse na przemodelowanie planu obrony na wszystkie cztery strony świata w ciągu siedmiu dni były mizerne. To się nie miało prawa udać.
Tak, Rosjanie byli mistrzami pozorów. Oficjalna wersja krótkiego paktu Ribbentrop - Mołotow była klasycznym układem o nieagresji. Cały problem z paktem polegał na jego tajnych załącznikach.
Ale o ich podpisaniu w Moskwie 23 sierpnia dowiedziało się kilkanaście osób. Była to niesłychanie utajniona informacja, aż do marca 1946 r., kiedy ujawniono te teksty w trakcie procesu w
Norymberdze. Nawiasem mówiąc, na podstawie samego tylko jawnego tekstu paktu można było zacząć coś podejrzewać. Kto słyszał o podpisaniu paktu o nieagresji między sąsiadami, którzy nie
mają kilometra wspólnej granicy? Sąsiadami stali się dopiero 17 września, a ostatecznie 11 dni później, czyli od drugiego paktu Ribbentrop - Mołotow, który wytyczył granicę
niemiecko-sowiecką. Jego nazwa też jest wielce charakterystyczna. W języku niemieckim brzmi "Układ graniczny i sprzymierzeńczy". W języku rosyjskim - "Układ o
przyjaźni i granicy". Słowo "drużba" było wybite na pierwszym miejscu i poszło następnego dnia na pierwszej stronie "Prawdy".
czytaj dalej
Jest takie przemówienie radiowe płk. Wacława Lipińskiego, szefa propagandy dowództwa obrony Warszawy, z 18 września: "Rosjanie uwierzyli Berlinowi, że nas już nie ma". To
było decydujące. Sowieci przeciągali decyzję o przekroczeniu granicy do momentu, w którym będą mogli wytłumaczyć się przed światem, że państwo polskie już nie istnieje, że wkraczają
na teren bezpański. Oczekiwali z niecierpliwością na informację, że padła Warszawa. Pierwsza taka depesza wyszła z Berlina już 8 września. Kilka godzin później Mołotow przesłał telegram
gratulacyjny. A skoro państwo polskie już nie istnieje, musimy pomóc naszym braciom Ukraińcom i Białorusinom uciskanym przez faszystowską Polskę. Mołotow w kilku przemówieniach mówi, że
"ustrój narodowo-socjalistyczny to kwestia smaku". A Polska to „państwo faszystowskie”. Ale świat szybko się dowiedział, że nasze władze opuściły
Polskę dopiero po agresji sowieckiej. Z punktu widzenia Sowietów, gdyby natarli np. 20 września, ich argumentacja miałaby jakiś cień racjonalności. Ale tym akurat nigdy się nie
przejmowali.
Między 17 września 1939 r. a 5 marca 1940 r. Niemcy i Sowieci podpisują kilka wspólnych oświadczeń. Wszystkie mają jeden motyw: Niemcy i Sowieci zaprowadzają spokój w ten części świata.
Nikt nie tłumaczy, skąd się wziął nieporządek. Są też oficjalne wystąpienia Hitlera i Mołotowa, którzy mówią, że Europa jest winna wdzięczność Rzeczy Niemieckiej i Związkowi
Sowieckiemu, że dzięki nim wojna się nie rozprzestrzeniła. 5 marca 1940 r. pojawia się ostatni wspólny komunikat - o zakończeniu wytyczania ostatecznej granicy niemiecko-sowieckiej. To
wyjątkowo złowrogi dokument ostateczne wykreślający Polskę z mapy Europy. Tego samego dnia w Moskwie podpisuje się jeden z najbardziej tajnych dokumentów w historii ZSRR: rozkaz dokonania
zbrodni katyńskiej.
Na to wygląda.
czytaj dalej
Panuje totalne zamieszanie. Wkraczają z pieśnią na ustach, niosąc pomoc przeciwko Niemcom – taka jest oficjalna wykładnia. Uważni obserwatorzy dostrzegają, że coś się jednak nie
zgadza – dochodzi do pierwszych brutalnych mordów. Ale nie można zapominać, że od 1 września trudno o wiarygodne informacje. Po polskich gazetach, których po 17 września wychodzi
jeszcze dość dużo, widać, że jest ogromne zamieszanie. Mało kto wie, w jakim charakterze wkracza Armia Czerwona. Władze kolportują słynną dyrektywę Edwarda Śmigłego-Rydza: "Z
bolszewikami nie walczyć, chyba w razie natarcia z ich strony". To słuszny rozkaz. Proszę sobie wyobrazić, co by się działo, gdyby Śmigły wydał rozkaz: "Bijemy się ze
wszystkimi". Dopiero później zaczęło się wyjaśniać - po pierwszych wspólnych komunikatach sowiecko-niemieckich o wspólnych ruchach wojsk, wspólnym celu zobaczono, że to wspólne
działanie. W ciągu kilku dni Niemcy uroczyście przekazują Białystok, Brześć i Przemyśl Sowietom. W Brześciu sojusznicy organizują wspólną defiladę.
Do wielu miejsc ta dyrektywa w ogóle nie dotarła, a Wojsko Polskie było znakomicie przygotowane do walki. Może nie mieliśmy supernowoczesnego sprzętu, plany modernizacji sił zbrojnych
zakładały, że jej efekty powinny być widoczne około 1942 r., to tuż przed wojną na wojsko szło 40 proc. budżetu. Ale nikt nigdy nie odważył się powiedzieć, że żołnierz polski oddawał
kraj bez walki. Nikt nie ma prawa tego powiedzieć. Świadectwa niemieckie mówią, że wielu ich dobrych dowódców frontowych przeżywało trudne chwile. Gdyby ktoś oszacował skalę paniki i
załamania się morale po stronie niemieckiej, mogłoby to być szokujące. Znane są przypadki dowódców, którzy popełniają samobójstwa po zniszczeniu ich jednostek przez Polaków. W 1942 r.
Anglicy przedstawili wyliczenia średniego dziennego tempa posuwania się jednostek niemieckich przy kolejnych agresjach. W Polsce tempo było najwolniejsze. Nawet w chlubiącej się swoją linią
Maginota Francji czy trudnym geograficznie terenie Jugosławii i Grecji Niemcom udawało się poruszać szybciej. Pomimo że jesień 1939 r. była wyjątkowo piękna i sprzyjała wojskom pancernym
Wehrmachtu. Niestety, deszcz nie spadł.
czytaj dalej
Z tym, że obrona Lwowa jest obroną przed Niemcami. Dowództwo polskie dochodzi do wniosku, że zamiast Niemcom oddamy miasto Sowietom, mając oficerskie słowo honoru, w tym Nikity Chruszczowa, że
oficerowie będą traktowani zgodnie z wymogami prawa jako jeńcy wojenni. Znaczna część załogi Lwowa leży dziś w Katyniu.
Mamy mało wiarygodnych źródeł, które pozwoliłyby odtworzyć stan świadomości ludzi na terenach, na które wkraczały Sowieci. Z jednej strony natychmiast pojawiają się gadzinówki sowieckie
z opisami entuzjastycznego witania wyzwolicieli i braci klasowych przez robotników i chłopów uciskanej, sanacyjnej czy faszystowskiej Polski. Są zdjęcia bram triumfalnych. Z drugiej strony
szybko pojawiają się po drugiej stronie granicy makabryczne doniesienia o zbrodniczym zachowaniu się czerwonoarmistów. Choćby mordowanie kilkunastoletnich dzieci - obrońców Grodna. Są
raporty, które dochodziły w 1940-1941 r. do rządu RP na uchodźstwie, że nikt tak wiele nie uczynił dla zmiany nastawienia wielu środowisk ukraińskich i białoruskich, do tej pory niechętnych
Polsce, jak władze sowieckie po 17 września.
Wygląda na to, że w niektórych miejscach mieli już gotowe listy osób do wywózki, ale w większości powstawały one na bieżąco. Za początek masowych represji uważa się pierwszą
deportację z lutego 1940 r. Do dziś mamy problemy z oszacowaniem skali wywózek, podaje się liczby między 400 tys. a 2,5 mln.
To ulubiona teza sowieckiej propagandy, że ludność tzw. Zachodniej Białorusi i tzw. Zachodniej Ukrainy (określenia wymyślone wtedy w ciągu kilku godzin) w przeprowadzonych 22 października
wolnych i nieskrępowanych wyborach opowiedziała się za władzą sowiecką. Oficjalne akty prawne Rady Najwyższej ZSRR przyjmujące prośby o wejście w skład ZSRR to 1 i 2 listopada. Jest jeden
szkopuł: układ niemiecko-sowiecki o granicy podpisano miesiąc wcześniej. Centralna komisja graniczna do wytyczenia ostatecznej granicy rozpoczęła pracę 10 października. Jak to się ma do tych
"wolnych i nieskrępowanych" wyborów? Z punktu widzenia własnych interesów Sowieci wykazali bardzo małą przenikliwość.
czytaj dalej
Byli zarówno importowani towarzysze, jak i w dużej części aktyw miejscowy.
Nie było oficjalnej reakcji wolnego świata na atak ZSRR. Głosy opinii publicznej były niejednoznaczne. Sowietom zawsze się udawało znaleźć na Zachodzie swoich poputczików, lewicowych
intelektualistów, którzy popierali każde posunięcie ojczyzny proletariatu. To się uwidoczniło też w czasie fińsko-sowieckiej wojny zimowej. Ale i rząd RP miał z tym problem. Nikt nam
wówczas wojny nie wypowiedział. Mało tego - Moskwa i Berlin twierdzą, że walczą o pokój. Hitler w pierwszym przemówieniu w Reichstagu 1 września mówi to samo co Sowieci: bronimy swoich
obywateli, których mordują Polacy. Władze na uchodźstwie - bez formalnego wypowiedzenia wojny - przyjęły zasadę, że jesteśmy w stanie wojny de facto z oboma państwami. 30 listopada
prezydent Władysław Raczkiewicz podpisał bardzo ważny i nowoczesny dekret - o nieważności decyzji władz okupacyjnych. W przeciwieństwie do Sowietów wykazał się dużą wyobraźnią. To
oznacza, że uznajemy za nieważne wszelkie akty prawne władz okupacyjnych już wydane i mające być wydane. We wszystkich oficjalnych dokumentach i przemówieniach prezydenta Raczkiewicza i
premiera Władysława Sikorskiego z okresu od 30 września 1939 r. (powołanie władz na uchodźstwie) do 21 czerwca 1941 r. mówi się o stanie wojny i z Niemcami, i z ZSRR. Ale w przypadku ZSRR nie
wyciągnęliśmy z tego konsekwencji na arenie międzynarodowej. Owszem, próbujemy tworzyć konspirację pod okupacją sowiecką, zbieramy informacje na temat represji i zbrodni na tamtym terenie.
Ale nie prowadzimy działań wojennych. Był tylko jeden taki moment. W czasie agresji sowieckiej na Finlandię Francuzi i Brytyjczycy zaczęli rozpatrywać udzielenie Finlandii pomocy militarnej.
Polacy zgłosili się natychmiast. Tak powstała Samodzielna Brygada Strzelców Podhalańskich, miała iść na front fińsko-sowiecki. Nie doszło do tego, bo były to już ostatnie tygodnie oporu
stawianego przez Finlandię. Gdyby doszło, byłoby to pierwsze wyjście poza formułę samoobrony, poza dyrektywę Śmigłego.
Próbowano, ale naciski Berlina na Rumunię były tak mocne, że Bukareszt uległ i internował nasze władze. W tym momencie - maksimum po dwóch dobach - sprawa się rozstrzygnęła.
Wygląda na to, że nic nie dało. Mówiąc brutalnie, w 1941 r. Niemcy weszli jak w masło i szli tak przez kilka miesięcy. Poza tym wszelkie tłumaczenia, że bronimy naszego państwa, wchodząc
na połowę terytorium innego państwa, by mieć lepsze warunki do obrony, są absurdalne.
*Andrzej Krzysztof Kunert, historyk, członek Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, specjalista w dziedzinie II wojny światowej