Wcześniej było wiadomo, że finał gry o Lizbonę odbędzie się w Pradze. Ale dopiero po spotkaniu Buzka z Vaclavem Klausem Europa zyskała informację, że czas tej gry jest nieznany. Bowiem nikt nie wie, kiedy czeski prezydent podpisze Traktat. Klaus zamierza trwać w postanowieniu, które wysłał w świat po spotkaniu z Buzkiem. Ten ostatni był pierwszym politykiem Unii Europejskiej, który wyraźnie usłyszał, czego domaga się czeski prezydent. Klaus chce, by w Europejskiej Karcie Praw i Wolności znalazł się załącznik, który zabroniłby łamania dekretów Benesza. Na ich podstawie po II wojnie światowej z byłej Czechosłowacji wysiedlono około 3 mln Niemców Sudeckich.
Klaus chce mieć pewność, że nigdy nie stanie się tematem dnia kwestia roszczeń majątkowych wysiedlonych. Zdaniem czeskiego prezydenta istnieje ryzyko, że mogliby oni obchodzić czeskie sądy i domagać się zwrotu majątku przed Europejskim Trybunałem.
Innymi słowy, Klaus stawia na strach. Czeski prezydent domaga się dołączenia do dokumentu dwóch zdań. Bez nich nic nie podpisze. Te dwa zdania mają być gwarancją, że nikt nie podważy dekretów Benesza. Tym bardziej, że w ostatnich latach takie dążenia Czesi już obserwowali.
W tym przypadku Klaus zachowuje się jak prawdziwa głowa państwa i polityk, który dba o interesy obywateli. Pytanie tylko, dlaczego akurat w tej chwili?
Czeski rząd ocenia, że obawy Klausa są nie na miejscu. Odwołuje się do szeregu ekspertyz prawnych, według których wysiedleni Niemcy nie mają szans. Ale prezydenta i tak to nie przekonuje.
Klaus nigdy nie krył, że jest przeciwnikiem Traktatu. Dlaczego jednak kartę sudecką wyciągnął dopiero teraz? Odpowiedź jest niesamowicie prosta. Chce za wszelką cenę walczyć do końca. Oskarża poprzedni rząd Topolanka, że nie poświęcił dość uwagi czeskim sprawom w czasie negocjacyjnego maratonu. Ale w końcu mógł o swoich obawach Topolankowi przypomnieć. Wystarczyło pojechać na szczyt do Brukseli.
Wyraźnie wolał zachować asa w rękawie do czasu, gdy towarzysze broni zamilkną. I tak się teraz dzieje. W drugim referendum Irlandczycy nie dali mu powodów do zadowolenia. Czeski Trybunał Konstytucyjny też prawdopodobnie opowie się nie po jego myśli. W końcu swój podpis złożył prezydent Polski. Klaus został sam, ale nie czuje się zdeprymowany. Przeciwnie, lubi to.
Europa teraz nie ma wyboru. Jeśli chce Lizbonę, musi Klausowi ustąpić. Jakiekolwiek naciski nic nie dadzą. Klaus jest uparty, zdania nie zmieni. Unia musi trzymać nerwy na wodzy. Nie może liczyć na to, że uda się Klausa odwołać z funkcji. Albo doprowadzić do impeachmentu, jak liczą na to w Czechach Zieloni. Bo działanie prezydenta Czech nie jest zdradą państwa.
Europejscy politycy będą musieli szybko zareagować na dwa czeskie zdania. Wyjść na przeciw Klausowi i jednocześnie powstrzymać karuzelę referendów. Dodać czeski załącznik bez konieczności referendów? A może dokleić do ratyfikacji traktatu o przyłączeniu Chorwacji do Unii? Albo w końcu uznać oficjalnie istnienie w Europie dwóch prędkości? Z odpowiedziami nie może długo czekać. Bo zbliżają się wybory w Wielkiej Brytanii, które pewnie wygrają konserwatyści. A im marzy się referendum, w którym eurosceptyczni Brytyjczycy odrzuciliby traktat. Wtedy padłaby Lizbona, z czego zadowolony byłby nie tylko Vaclav Klaus.