To pierwsze posiedzenie Rady Europejskiej, po tym jak Lech Kaczyński ratyfikował traktat lizboński. Prezydent chce skorzystać z okazji, by pojawić się na nim jako polityk, który dotrzymał słowa i po irlandzkim referendum podpisał dokument.

Rok temu na unijnym szczycie w grudniu Lech Kaczyński zbierał krytykę za to, że zwleka z ratyfikacją. To wytykał mu prezydent Francji Nicolas Sarkozy, mimo że także inne państwa nie ratyfikowały dokumentu. Teraz zostały tylko Czechy i na podpis ich prezydenta Vaclava Klausa czeka reszta Unii.

Ale na rozpoczynających się jutro obradach ma już być mowa o konsekwencjach traktatu. Chodzi o obsadę i kompetencje nowych urzędów, tzw. prezydenta Unii i szefa unijnej dyplomacji. Już wczoraj prezydent rozmawiał o tym telefonicznie z prezydentem Węgier Laszlo Solyomem. Rząd opowiada się za niezbyt dużymi uprawnieniami obu urzędów, tak by pełnili oni funkcje koordynacyjne i nie mieli mocnej pozycji wobec unijnych państw. "Nie ma tu różnicy zdań między rządem a prezydentem" - mówi jeden z dyplomatów.

Na szczycie mają być też poruszane kwestie gospodarcze. Chodzi o powołanie ogólnoeuropejskiego nadzoru finansowego. A otoczenie Lecha Kaczyńskiego daje znać, że prezydent chce, by jedna z ważnych unijnych agencji znalazła się w Polsce. "Mogłaby to być właśnie jedna z instytucji nadzoru" - mówi współpracownik prezydenta.

W ramach nowych rozwiązań mają powstać cztery instytucje. Europejska Rada Ryzyka Systemowego, która ma oceniać cały rynek, i trzy wyspecjalizowane agencje zajmujące się nadzorem nad sektorem bankowym, ubezpieczeniowym i nad rynkami kapitałowymi. Tyle że Komisja myśli już o ich lokalizacji poza Polską.