Tego, by zwracać na siebie uwagę, Sandra uczyła się od najmłodszych lat. "Zawsze wyróżniały mnie długie blond loki" - opowiada "Faktowi". "Stały się moim znakiem rozpoznawczym. Zapuściłam je, mając kilka lat, i mama zabroniła mi je kiedykolwiek ścinać" - tłumaczy.

W okresie dorastania Sandra Lewandowska czuła się nespełniona. Chciała być na świeczniku, robić naprawdę ważne rzeczy. Dlatego jej uwagę przykuła polityka. Zaczęło się na studiach, w Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu. "Razem z koleżanką postanowiłyśmy zapisać się do jakiejś partii" - opowiada. "Najbardziej podobał się nam program SLD. Poza tym w jego szeregach było mnóstwo młodych ludzi" - mówi "Faktowi".

Tym, który miał wtedy największy wpływ na przyszłość Lewandowskiej, był Jerzy Szmajdziński. "To on przekonał mnie, bym wstąpiła do partyjnej młodzieżówki" - wyjaśnia. Przyszła posłanka szybko awansowała i wkrótce została szefową jeleniogórskiego oddziału organizacji. Potem jako asystentka przez dwa lata towarzyszyła Krzysztofowi Janikowi w MSWiA - przypomina "Fakt".

Co się stało, że nagle w 2005 r. porzuciła Janika dla Andrzeja Leppera? - pyta bulwarówka. "Takiej dziewczyny nam w Samoobronie trzeba" - usłyszała od Leppera. "Uznałam, że w Samoobronie zrobię szybszą karierę. Trzymam się zasady, żeby łapać się każdej okazji i nie wypuszczać jej z ręki" - tłumaczy Lewandowska. Trudno się dziwić - Samoobrona miała wtedy wysokie notowania i Lewadowska zdobyła w jej barwach mandat poselski.

W nowej partii też mierzyła od razy wysoko. Zaprzyjaźniła się z drugą po Lepperze osobą w partii, Januszem Maksymiukiem. Do tego stopnia, że razem spędzali wakacje w Egipcie i spotykają się do dzisiaj.

"W polityce nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa. Ja się coraz bardziej rozkręcam, dlatego dopóki będę czuła powołanie, to z niej nie zrezygnuję" - odgraża się na łamach "Faktu" Lewandowska.