Prawdę mówiąc, analiza de Gaulle’a była fałszywa podwójnie. Po blisko półwieczu nietrudno dostrzec, że rozwiązania, jakie zaproponował generał, przyczyniły się do rozwoju współczesnych ruchów populistycznych we Francji. Gaullistowska koncepcja demokracji od początku budziła wiele sporów. Konstytucja w duchu gaullistowskim z 1958 roku łączy silnego prezydenta z rządem technokratów, natomiast partiom i parlamentowi przyznaje jedynie mocno ograniczoną rolę. Jej krytycy podkreślali, że celem demokracji nie jest zapewnienie społeczeństwu rządów najlepszych z możliwych – przecież rozwiązania typowe dla demokracji nowożytnej wprowadzono niegdyś, by ograniczyć władzę rządów i uniknąć przerodzenia się kłótni politycznych w wojnę domową. Zaletą demokracji nie jest umożliwienie „najlepszym” (kim zresztą są ci najlepsi?) dobrego rządzenia, lecz stworzenie systemu rządów ograniczonych.
Podobnie zwykł myśleć o systemie demokratycznym wielki teoretyk demokracji i autor głębokich paradoksów, Brytyjczyk Karl Popper. Podkreślał on, że główną zaletą demokracji jest możliwość legalnego pozbycia się szefa: w określonym terminie, w sposób przewidywalny i bez przemocy. Uznając to za normę, pod koniec kariery, po przeprowadzeniu referendum w 1969 roku, de Gaulle dobrowolnie ustąpił ze stanowiska.
Drugi błąd w analizie de Gaulle’a – skupiam się na jego koncepcji, ponieważ liczni Francuzi powielają oba jego błędy i są one często rozpowszechniane poza Francją – polegał na obawie przed różnorodnością opinii. W gruncie rzeczy Francją nie da się rządzić nie ze względu na jej różnorodność, ale dlatego, że jest szczególną „fabryką ideologii”. Co prawda, nie wytwarzamy równie wielu doktryn co serów, ale oba gatunki są naszą narodową specjalnością. Ideologie zarówno prawicy, jak i lewicy umacniają zamiłowanie do populizmu i gotowość do odrzucenia liberalnej demokracji.
Jeśli chodzi o lewicę, Francja jest jedyną zachodnią demokracją, w której funkcjonują w najlepsze partia komunistyczna, dwa ugrupowania trockistowskie oraz partia ortodoksyjnych, wręcz „fundamentalistycznych” ekologów. Wszystkie te ugrupowania odrzucają społeczeństwo liberalne, gospodarkę rynkową, Unię Europejską i parlamentaryzm. Choć kłócą się między sobą, stanowią wspólny front, który sami określają jako antyliberalny i antyglobalistyczny. To, co odrzucają, jest ważniejsze niż to, co proponują, ponieważ nie biorą poważnie pod uwagę perspektywy zdobycia i sprawowania władzy. Zarazem jednak ci lewicowi ekstremiści zmuszają wszystkich kandydujących umiarkowanych socjalistów do liczenia się z ich rewolucyjnymi tezami. Dzieje się tak, ponieważ reprezentują blisko 15 proc. wyborców. Twardy elektorat tych lewicowych populistów (nazywam ich populistami, bo rozbudzają potrzeby, ani przez chwilę nie biorąc pod uwagę, że ich projekty mogłyby zostać wprowadzone w życie) stanowią zrzeszeni w związkach zawodowych nauczyciele oraz pracownicy administracji publicznej. Nienawidzą oni rynku i wszystkiego, co mogłoby zmienić ich status kulturowy i ekonomiczny w nowoczesnym społeczeństwie liberalnym.
Dlaczego zjawisko to ma miejsce właśnie we Francji? Nasuwają mi się dwa wyjaśnienia.
Pierwsze przedstawił przed 20 laty Francois Furet. Jego zdaniem lewicowy populizm sięga korzeniami rewolucji z lat 1789 – 1793. Nasi komuniści i trockiści uważają się za jej spadkobierców. Istotny element dorobku Wielkiej Rewolucji stanowił system państwowej i świeckiej edukacji, za sprawą której stworzono podwaliny nowoczesnego narodu francuskiego. Paradoksalnie upadek Związku Radzieckiego tylko ułatwił komunistom i trockistom podkreślanie swego rzekomo rewolucyjnego rodowodu. Dziś nie muszą już oni przepraszać za przestępstwa popełnione na innej ziemi. Występują jedynie jako spadkobiercy naszej świętej francuskiej rewolucji.
Dodałbym jednak, że do rozwoju skrajnej lewicy, a zwłaszcza ortodoksyjnych ekologów, przyczyniło się moim zdaniem również odrzucenie tradycyjnego katolicyzmu. Można się o tym przekonać, jeśli zwrócić uwagę, że wypowiedzi działaczy tych ruchów są w swej istocie bardziej teologiczne niż polityczne. Wyznają oni raczej jakąś religię, niż uprawiają politykę. Tak, nasi francuscy Zieloni (mocno różniący się od niemieckich Die Grünen) i trockiści są wielkimi inkwizytorami, którzy wymyślają religie będące substytutami wymierającego już ich zdaniem chrześcijaństwa.
Przejdźmy do drugiego ekstremum sceny politycznej. Front Narodowy, który określam mianem populistycznego, bo podobnie jak Partia Komunistyczna i trockiści wzbudza namiętności bez rzeczywistego zamiaru objęcia rządów, również reprezentuje 15 proc. wyborców. Oznacza to, że dwie wielkie grupy populistyczne cieszą się w sumie względami jednej trzeciej narodu. W przypadku obu tych obozów politycznych to, co odrzucają, jest znacznie precyzyjniej zdefiniowane, niż to, co proponują. Większość kwestii odrzucają zresztą wspólnie: jedni i drudzy są antyliberalni, pozostają przeciwni Unii Europejskiej, gospodarce rynkowej i, oczywiście, Amerykanom.
Jeśli uznamy, że skrajna lewica jest spadkobiercą rewolucji, możemy zaryzykować tezę, że Front Narodowy wywodzi się z tradycji odrzucania idei, które niosła rewolucja. Okazuje się, że rok 1789 nadal dzieli Francuzów. Lewicowe ekstremum nadal naśladuje Terror, uważając, że nie został on jeszcze zakończony i że nadal pozostali przy życiu arystokraci (dziś znani jako „kapitaliści”), których należy zgilotynować, przynajmniej słownie. Prawa strona sceny politycznej nie jest w stanie zaakceptować zniknięcia przywilejów i narzucenia egalitaryzmu. Podczas gdy radykalna lewica kontynuuje mesjanistyczną tradycję rewolucyjną, skrajna prawica przedłuża drugą francuską tradycję mesjanistyczną: tradycję kolonializmu. Ostatecznie, jeszcze nie tak dawno Francja eksportowała obie te ideologie uważane za zbawcze: rewolucję przez wojnę europejską i ideę „cywilizacji kolonialnej” krzewionej drogą przemocy.
Te dwa ekstremizmy są główną przyczyną, dla której nie da się rządzić Francją. Rozsądne partie centrolewicy i centroprawicy skazane są na walkę o dwie trzecie elektoratu. Żaden rząd nie jest więc i nie będzie naprawdę większościowy. Co gorsza, ze względu na zwykłą kalkulację wyborczą każdy polityk zmuszony jest iść na kompromis z ekstremistami. Niedawno byliśmy świadkami jak Nicolas Sarkozy oskarżony o to, że jest liberałem (to obelga zarówno dla skrajnej prawicy, jak i lewicy), natychmiast zareagował, oświadczając, że jest „liberałem ludowym”. Co to znaczy, nikt nie wie, ale ta reakcja ukazuje źródła „paraliżu arytmetycznego” naszego życia politycznego.
Dzieje rewolucji, kontrrewolucji, dechrystianizacji i kolonializmu pozostają potężnym źródłem kulturowym idei populistycznych. To wytłumaczenie nie wydaje się jednak wystarczające wobec szerzenia się obu ideologii w pół wieku po ostatecznym zakończeniu epoki kolonialnej. Sądzę, że o atrakcyjności populizmów przesądziły wstrząsy, jakich społeczeństwo francuskie doznało współcześnie. Zarówno wiek miniony, jak i ten, który rozpoczął się przed sześciu laty, nie były zbyt łaskawe dla Francji. Zwłaszcza zaś dla obrazu samego siebie, jaki lubią żywić Francuzi. Straciliśmy nasze kolonie, naszą siłę dyplomatyczną, językową, gospodarczą i kulturalną. De facto przegraliśmy wojnę. Nie potrafimy przyzwyczaić się do faktu, że staliśmy się normalnym, by nie rzec przeciętnym narodem europejskim. Co gorsza, model gospodarczy, który się sprawdza, wydaje nam się anglosaski: to, co obserwujemy, to zwycięstwo Rynku (który stworzył brytyjski geniusz) nad Państwem, dziełem geniuszu galijskiego.
Oba francuskie populizmy nie posiadają dokładnego odpowiednika w innych krajach Europy, ponieważ oba zakorzenione są w dziejach Francji. Jaskrawo kontrastuje z nimi choćby polski populizm, który ma swoje korzenie w radykalnie odmiennej przeszłości: w doświadczeniu narodu będącego ofiarą. Wydaje mi się, że obecność populizmu czy nacjonalizmu w dzisiejszej Polsce stanowi reakcję na działania tych, którzy próbują odebrać polskiemu narodowi ten historyczny status.
Jak można wyrwać się z populizmu? Teoretycznie poprzez dobrą politykę gospodarczą, która tworzyłaby raczej miejsca pracy niż deficyt publiczny. Pomóc może zmiana podręczników szkolnych na takie, które zrehabilitowałyby francuski liberalizm i złagodziły rewolucyjne namiętności. Pożądany byłby nowy model europejskiej polityki imigracyjnej oparty na amerykańskiej koncepcji „limitowanych kwot wizowych” i szwajcarskim rygorze. Reforma systemu politycznego tak, by stał się bardziej parlamentarny niż prezydencki, ułatwiłaby poszukiwanie konsensusu. Te cztery proste propozycje mają jedną słabość – są zbyt rozsądne.
Trzeba jednak wziąć również pod uwagę, że czas rozwiązuje problemy: każde znikające pokolenie zabiera swoje szaleństwa do grobu. Czy dla jego potomków zmysłowe podniecenie, jakie wywołują skrajne ideologie, może okazać się mniej pociągające? Na szczęście jest to możliwe: ostatecznie dwudziestolatkom wygodniej jest po prostu żyć jak Europejczycy, niż przygotowywać kolejną wojnę.
*Guy Sorman, pisarz, filozof, publicysta, stały współpracownik DZIENNIKA. W 1983 roku opublikował głośne dzieło „Neokonserwatywna rewolucja amerykańska”. Ostatnio w Polsce ukazała się jego książka o przemianach we współczesnych Chinach „Rok koguta” (2006)
"Nie można rządzić krajem, który produkuje trzysta gatunków sera”. Gdyby trzymać się tego słynnego aforyzmu generała de Gaulle’a, podziały między Francuzami uniemożliwiałyby jakiekolwiek stabilne demokratyczne rządy. Dlatego też de Gaulle zaprowadził we Francji system – inna rzecz, że funkcjonujący za sprawą demokratycznych wyborów – który nieodżałowany Jean-Francois Revel słusznie określił jako monarchię elekcyjną. Odkąd jesteśmy obarczeni tą złą konstytucją, żyjemy od jednych wyborów do drugich, czekając na „wybawiciela”. Oczywiście, przeżywamy jedynie kolejne rozczarowania, ponieważ despotyzm, nawet jeśli jest nieco oświecony, pozostaje nadal złą odpowiedzią na złożoność współczesnych społeczeństw" - pisze na łamach DZIENNIKA intelektualista i pisarz Guy Sorman.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Reklama
Reklama
Reklama