W polskiej polityce ogromną rolę odgrywają sondaże. Niektórzy mówią nawet, że wręcz rządzą one politykami. I jest w tym sporo racji. Kiedy publikowane są wyniki kolejnych badań kierownictwa wszystkich partii śledzą je, komentują i dostosowują do nich swoje posunięcia. Wysoka gorączka panuje, zwłaszcza gdy notowania idą w dół. Nie inaczej było w moich czasach.

Spadanie notowań SLD zaczęło się od sprawy Rywina. Potem przyszły Starachowice oraz inne wydumane i rzeczywiste skandale. Na to nałożył się konieczny program naprawy finansów publicznych tzw. Plan Hausnera. W rezultacie widziano nas niemal wyłącznie przez pryzmat afer i polityków odbierających biednym ich ciężko zarobione pieniądze. Robiło się coraz bardziej nerwowo. Przyrzekłem sobie, że jeśli spadniemy poniżej 20 procent to zrezygnuję z kierowania rządem albo partią. No i stało się. W lutym 2004 roku sondaże dały nam 18 proc. poparcia. Przebywałem właśnie na rehabilitacji w prezydenckim ośrodku w Juracie. Byłem świeżo po katastrofie rządowego helikoptera, podczas której doznałem poważnych obrażeń. Powinienem intensywnie ćwiczyć, ale wróciłem do Warszawy.

Spotkałem się z liderami SLD i zapytałem o ich stanowisko. Mieściło się ono pomiędzy opinią Marka Borowskiego, który uważał, że powinienem zrezygnować z przewodzenia partią, zachowując tekę premiera, a zdaniem Krzysztofa Janika, który sądził odwrotnie - że powinienem odejść z rządu i skupić się na prowadzeniu SLD. Podjąłem decyzję, że na zbliżającej się konwencji SLD zrezygnuję z kierowania partią. Na moje miejsce 6 marca 2004 r. szefem Sojuszu wybrany został Krzysztof Janik. Już wtedy jednak zarysowała się tendencja do podziału. Borowski z grupą swoich zwolenników opracował uchwałę "Dość złudzeń" i mocno forsował dwie kandydatury na przewodniczącego SLD - Jolantę Banach i Andrzeja Celińskiego. Gdyby ktoś z nich został wybrany, rozłamu by nie było. Wygrał jednak Janik i było jasne, że secesja Marka Borowskiego wisi w powietrzu.

Pełen najgorszych przeczuć pojechałem na szczyt UE do Brukseli. I tam dotarła do mnie wiadomość, że Borowski założył SdPl i pociągnął za sobą ponad 30 parlamentarzystów Sojuszu. Poczułem się, jakby mi ktoś wbił nóż w plecy. Byłem akurat na pożegnalnym obiedzie z przywódcami państw europejskich. Nagle spostrzegłem, że dostają od swoich służb prasowych coś do czytania i wszyscy patrzą na mnie. Ze zdumieniem dowiadywali się, że marszałek polskiego Sejmu wraz z grupą zwolenników opuścił szeregi rządzącej partii. Leszek, co tam się u was dzieje? - dziwili się. Uznałem, że w tej sytuacji powinienem podać się do dymisji. Dalsze trwanie dla samego trwania nie miało już sensu. Po rozłamie w SLD zaplecze polityczne rządu skurczyło się tak znacznie, że nie widziałem możliwości kontynuowania misji. W samolocie, w drodze powrotnej z Brukseli do Warszawy, powiedziałem o swoim zamiarze Włodzimierzowi Cimoszewiczowi i Tadeuszowi Iwińskiemu, którzy towarzyszyli mi na szczycie. Byli zaskoczeni, ale zgadzali się ze mną, że nie ma innego wyjścia. Potem pojechałem do prezydenta i ustaliłem z nim datę mojej dymisji na 2 maja 2004 r., na drugi dzień po oficjalnym przyjęciu Polski do Unii Europejskiej.

Marek Borowski przez wiele lat był moim najbliższym współpracownikiem w sprawach gospodarczych. Zawsze wszystko wiedział. Potrafiłby z marszu, bez żadnych notatek, wygłosić w Sejmie sprawozdanie do ustawy budżetowej. I nie pomyliłby się ani razu. Podziwiałem go za to. Marek Borowski dokonał secesji, bo uznał, że Sojusz idzie na dno. Umacniali go w tym przekonaniu Aleksander Kwaśniewski i Jerzy Urban. Dla prezydenta rozłam w Sojuszu, a więc drastyczne obniżenie pozycji ugrupowania, był bardzo na rękę. Przybliżał bowiem możliwość realizacji wymarzonego planu połączenia z częścią dawnej Unii Wolności. Partia Borowskiego miała być szalupą ratunkową, która zastąpi SLD i przejmie elektorat lewicy.

To był manewr skutecznie przeprowadzony wcześniej przez Donalda Tuska, Andrzeja Olechowskiego i Macieja Płażyńskiego. Założyli PO, gdy uznali, że AWS już się wypalił. Borowski realizował ten sam wariant. Ale przeliczył się. To SLD wszedł do nowego Sejmu, a łódź ratunkowa pod nazwą SdPl utonęła w wyborach parlamentarnych. Rozstaliśmy się bez awantur i krzyku. Nie mogłem tylko ścierpieć, jak Borowski i jego ludzie agresywnie atakowali mnie i SLD. Nagle okazywało się, że oni w niczym nie uczestniczyli, o niczym nie wiedzieli i zawsze walczyli z niedobrym SLD. To bolało. Nasze wspólne zdjęcia były jeszcze świeże, a oni polewali je kwasem solnym. Po mojej dymisji raz tylko zadzwoniłem do Borowskiego i była to ostatnia nasza rozmowa. Ubiegałem się o przewodnictwo świeżo powołanej komisji europejskiej. Rekomendował mnie na to stanowisko klub SLD. Ale, żeby wygrać głosowanie, potrzebowałem wsparcia SdPl. Usłyszałem od Borowskiego twarde "nie". Byłem ciekaw, czy stanowisko swojego szefa podzielą jego ludzie, którzy jeszcze niedawno wspierali mnie aktywnie w pracach służących integracji europejskiej. W momencie głosowania patrzyłem na Sylwię Pusz, którą przez długi czas uważałem za nadzieję młodej generacji lewicy.

Kilkakrotnie musiałem interweniować w jej obronie, gdyż dynamiczna kariera oraz różne niekonwencjonalne metody prowadzenia kampanii wyborczej ściągały na jej głowę zawiść i niechęć starszych kolegów. Kiedy kilka lat temu UOP zatrzymał jej brata, była w autentycznej rozpaczy i z największym trudem udało się ją uchronić od całkowitego załamania. Teraz jednak ze wzrokiem wbitym w podłogę posłusznie wykonała instrukcję Borowskiego, pozbawiając mnie szansy na wygranie głosowania. Otrzymałem tyle samo głosów, co mój konkurent Kazimierz Michał Ujazdowski i po drugiej próbie zrezygnowałem z kandydowania.

Po złożeniu urzędu premiera najtrudniejsze były pierwsze tygodnie i miesiące. Osoby, które prześcigały się w zapewnieniach o swojej przyjaźni przestały się odzywać. Wyrazy otuchy i pomocy padały z kolei ze strony najmniej spodziewanej. Na szczęście moja rodzina starała się łagodzić płynące stąd rozczarowania. Po raz kolejny mogłem się przekonać o mądrości rzymskiej maksymy, że "pewnych przyjaciół poznaje się tylko w niepewnych czasach".