Sąd Najwyższy uznał, że sąd apelacyjny popełnił błędy i nie wyjaśnił wszystkiego do samego końca. Zabrakło prześwietlenia notatki oficera SB z 1975 roku, który pisał o współpracy Jerzego Jaskierni ze służbami PRL po jego powrocie z USA. Poza tym Sąd Najwyższy zakwestionował to, że nie ustalono w procesie ile razy były poseł SLD miał się spotykać z przedstawicielami MSW. Dlatego sprawa wraca do ponownego rozpatrzenia.
W czerwcu 2006 r. Sąd Lustracyjny II instancji uznał, że brak jest jakichkolwiek podstaw, by uznać, że Jaskiernia był agentem wywiadu PRL. Według sądu, byłego posła SLD zarejestrowano jako tzw. kontakt operacyjny bez jego wiedzy i zgody.
Ale wcześniej sąd I instancji uznał, że Jaskiernia skłamał w oświadczeniu. Bo po powrocie z USA w latach 70. miał przekazać raport wywiadowi PRL. Ale dokument ten nie zachował się. Dlatego sąd II instancji doszedł do wniosku, że raport ten "istniał tylko w notatce oficera".
Z kolei Rzecznik Interesu Publicznego twierdził, że od 1973 r. do 1975 r. Jaskiernia był typowany przez wywiad do współpracy, a w latach 1975-1980 był zarejestrowany jako jego współpracownik. Sam Jaskiernia mówił, że sporządził on jedynie oficjalne sprawozdanie - "jak każdy stypendysta" - dla władz Uniwersytetu Jagiellońskiego. "Ono było przedmiotem wykorzystywania przez innych ludzi, ja na to nie miałem żadnego wpływu" - zapewniał.