Mail nadszedł z sekretariatu redaktorów naczelnych, nie był podpisany. Kierownictwo "Wyborczej" zastrzega w nim, że nie chce ingerować w osobiste decyzje dziennikarzy. Ale w tym samym tekście przedstawia jednoznaczne stanowisko redakcji. "Sędzią w lustracji są zawsze ubecy, to oni są autorami IPN-owskich teczek" - uważają redaktorzy naczelni "Gazety".
Ich zdaniem nowa ustawa zawiera przepis "sprzeczny z Konstytucją RP oraz licznymi konwencjami międzynarodowymi podpisanymi przez Polskę". Chodzi o nakaz zwolnienia z pracy dziennikarzy, którzy skłamią w oświadczeniu lustracyjnym lub go nie złożą - pisze "Rzeczpospolita". I natychmiast dodaje, że to nieprawda. Bo pracodawca musi zwolnić pracownika tylko wtedy, gdy będzie na nim ciążył prawomocny wyrok sądu, potwierdzający kłamstwo.
Przedstawiając receptę na uniknięcie lustracji szefowie "Wyborczej" wyliczają dokładnie kalendarz lustracyjny. Jego finał to chwila, kiedy lustracją ma się zająć Trybunał Konstytucyjny - "z końcem kwietnia lub w maju". "Wierzymy, że Trybunał nie przepuści tego gniota" - napisano w mailu.
Zgodnie z ustawą dziennikarz po otrzymaniu powiadomienia od pracodawcy (w przypadku pracowników etatowych dziennika to zarząd Agory, w przypadku współpracowników - redaktor naczelny) ma miesiąc na złożenie oświadczenia lustracyjnego - pisze "Rzeczpospolita". I przytacza instrukcję szefów "Wyborczej". "Jeśli wydawca wyśle pismo, ale dziennikarz go nie odbierze, nie jest powiadomiony. A więc nie powstaje dla niego obowiązek lustracyjny. To może trwać parę tygodni. Czekamy na decyzję Trybunału" - instruuje kierownictwo gazety.
Dziennikarze "Gazety Wyborczej" znaleźli się w gronie tych pracowników mediów, którzy zbuntowali się przeciw nowym zasadom lustracji, nakazującym im składanie oświadczeń lustracyjnych. "W tym przypadku mamy z pewnością do czynienia z nieposłuszeństwem wobec prawa. Ale czy obywatelskim? Mam co do tego duże wątpliwości" - mówi w wywiadzie dla DZIENNIKA Rzecznik Praw Obywatelskich, Janusz Kochanowski.