Sikorski w rozmowie z "Rzeczpospolitą" przyznaje, że odejść chciał już we wrześniu ubiegłego roku. Wtedy jednak dostał obietnicę, że zmieni się szef kontrwywiadu. A to oznaczałoby odwołanie Antoniego Macierewicza. Jednak nic się nie wydarzyło. Dlatego Sikorski sam zdecydował się odejść. "Zaufanie to coś, co obowiązuje dwie strony, szczególnie gdy się idzie na wojnę" - mówi były szef MON.

Dodaje, że na jego decyzję miało też wpływ ujawnienie raportu z weryfikacji WSI. "Nienormalna jest sytuacja, w której minister obrony odpowiada przed sądem za coś, na co nie ma wpływu. Przewidywałem, że w raporcie znajdą się rzeczy, które się w nim znaleźć nie powinny. Ujawnianie bieżących operacji wywiadowczych, nawet takich, co do których istnieje różnica zdań, jest precedensem w obszarze sojuszu północnoatlantyckiego" - mówi "Rzeczpospolitej".

Mówiąc o tarczy antyrakietowej, Sikorski wskazuje na szansę wzmocnienia sojuszu z USA. "Możemy awansować ze statusu sympatycznego protegowanego USA do statusu sojusznika lżejszej wagi, który ma swoje interesy i potrafi postawić warunki. Chodzi o to, aby Amerykanie się przyzwyczaili, że korzyści muszą być obopólne. My zaś musimy w przyjazny sposób jasno sformułować nasze oczekiwania" - tłumaczy dziennikowi były minister obrony.

Wyjawia też swoje plany na przyszłość. Zamierza nadal zasiadać w Senacie z ramienia PiS. Poza tym chce napisać książkę - thriller polityczny.