Co się dzieje w prokuraturze pod pana kierownictwem? Dlaczego na prokuratorów, którzy zajmowali się sprawą Barbary Blidy, wywierano presję? Dlaczego narzucano im termin zatrzymania Blidy?
To są kłamliwe manipulacje "Gazety Wyborczej", która prowadzi przeciw mnie i prokuraturze kampanię oszczerstw. Wykorzystywane są do tego wyrwane z kontekstu fragmenty zeznań.

Manipulacje, których dokonano, przekraczają wszelkie granice. Prokuratorom niczego nie narzucano. Prokurator okręgowy, o ile mi wiadomo, rzeczywiście zaproponował referentowi termin przeprowadzenia zatrzymań, ale zrobił to dlatego, że na ten sam dzień swoje zatrzymanie, również w sprawie mafii węglowej, planował inny wydział prokuratury. Chodziło o skoordynowanie działań, a nie żadną manipulację. To jest absurdalny zarzut.

Ale prokurator, którego zeznania cytuje "Wyborcza", twierdzi, że termin powinien ustalać referent, a nie jego szef?
To była tylko propozycja, która została zaaprobowana. Tu chodziło prawdopodobnie o skoordynowanie działań dwóch wydziałów, które zajmowały się tymi samymi aferami węglowymi.

Niedorzecznością jest winienie prokuratora okręgowego za to, że chciał skoordynować akcję zatrzymań. Za to przecież bierze pensję. Popełniłby błąd, gdyby tego nie zrobił.

Dziś, w przeciwieństwie do czasów SLD, nadzór w prokuraturze przestał być fikcją i nie polega na przekartkowywaniu akt, sprawdzaniu przecinków i patrzeniu jedynie, czy liczba stron się zgadza.

Prokuratorzy z zespołu, który tropi mafię węglową, nie byli nawet zgodni, czy należy zatrzymać Blidę i stawiać jej zarzuty.
To jest nieprawda. Z resztą sama "Wyborcza" się zaplątała. W piątek na pierwszej stronie pisze, że prokuratorzy podjęli decyzję niejednogłośnie.


W środku jest napisane, że wszyscy członkowie grupy śledczej uważali, iż trzeba zatrzymywać Blidę, bo istnieje obawa matactwa. Raz tak, raz tak. W którym miejscu jest prawda?

Twierdzi pan, że cała sprawa jest atakiem nieprzychylnej panu gazety i polityków, tymczasem z zeznań prokuratorów jasno wynika, że na etapie planowania niektórzy z nich mieli obiekcje, czy należy Blidę zatrzymywać

Ale to jest normalne. Wy w redakcji też na pewno urządzacie narady, gdy jest jakiś ważny temat do zrobienia. Padają różne opinie. A potem podejmujecie decyzję, jak ten temat robić. Tu było tak samo. Były różne oceny, ale potem zapadła jednogłośna decyzja, że Blidę należy zatrzymać i stawiać jej zarzuty.


Ostatecznie uznała tak cała czwórka prokuratorów, którzy zajmowali się sprawą. Zresztą obiekcje na wstępnym etapie wynikały nie ze słabości materiału dowodowego, ale z tego, że politycy i media mogą zaatakować prokuraturę za zatrzymanie Blidy.

Reklama

Cała czwórka prokuratorów zaangażowana w to śledztwo została przesłuchana przez prokuraturę w Łodzi, która bada okoliczności samobójczej śmierci Blidy. Wszyscy zeznali, że zgadzali się na postawienie zarzutów i zatrzymanie. Jeden z prokuratorów zeznał, że obawiał się reperkusji medialnych całej sprawy, bo chodziło o zatrzymanie byłej minister, która jest publicznie znana.

Smutne jest to, co w zeznaniach mówi o panu jeden z prokuratorów zajmujących się sprawą Blidy. Uważa, że gdyby nie samobójstwo byłej minister, to zrobiłby pan wokół tej sprawy polityczny show.
Nieprawdą jest, że planowałem jakąś konferencję na ten temat. Mówił o niesprawdzonych plotkach, których nie można zeryfikować. Wiem, że dzień przed zatrzymaniami prokurator Prokuratury Krajowej zadzwonił do Katowic i pytał o zarzuty dla Blidy. Ale co w tym złego?


Prokuratorzy w Warszawie brali pod uwagę, że od rana mogą dzwonić do ministerstwa dziennikarze z prośbami o komentarze, co często się przecież zdarza. Powinniśmy mieć wówczas elementarną wiedzę, żeby odpowiedzieć na pytania.

Jak uczy doświadczenie, na pewno pojawiłyby się zarzuty ze strony SLD, że zatrzymanie Blidy było polityczne. Prokuraturze potrzebne były podstawowe informacje, żeby wytłumaczyć, że nie chodzi tu o politykę, ale o udział w korupcji.

Z wypowiedzi prokuratora Emila Melki, który prowadził śledztwo w sprawie mafii węglowej, można wyciągnąć wnioski, że naciskano go, by stawiał zarzuty Blidzie.
Prokurator Melka był w ostatnim czasie dwukrotnie przesłuchiwany w Warszawie i Łodzi pod rygorem odpowiedzialności karnej za składanie fałszywych zeznań.


W obu przypadkach zaprzeczył, że był naciskany, by stawiać zarzuty Blidzie. Powiedział wręcz, że nigdy nie rozmawiał z żadnym przełożonym na temat zarzutów dla byłej minister. Zeznał również, że jeden z tygodników posłużył się jego wyrwaną z kontekstu wypowiedzią do uzasadnienia nieprawdziwej tezy o naciskach w tej sprawie.

Granie przez opozycję i niektóre media nieprawdziwymi informacjami o sprawie Blidy jest żenujące. Polityczna rozgrywka nad czyimś grobem jest poniżej wszelkich norm.

Dlaczego jest tyle kręcenia z nagraniem akcji ABW u Blidów? Dlaczego ta taśma jest ciągle ukrywana? Janusz Zemke z SLD mówi wręcz, że nagranie zostało zmanipulowane.
Zemke, którego znam na przykład z posiedzeń sejmowych komisji, wydawał się być spokojnym i wyważonym człowiekiem. Tym razem posunął się do kłamstwa i demagogii, co jest dla niego kompromitujące. Ekspertyza taśmy wykonana przez specjalistów wykluczyła ingerencję i potwierdziła autentyczność nagrania. Za zgodą prokuratora w tę sobotę nagranie zostanie umieszczone na stronie ABW.

- Dlaczego dopiero teraz? Nie rozumiem, dlaczego od razu nie można było pokazać tej taśmy?

- To nagranie jest materiałem dowodowym w śledztwie. A śledztwa jak na razie są w Polsce tajne. Nie można narzucać prokuratorowi, co ma ujawniać, i to na dodatek na samym początku dochodzenia. Teraz sytuacja jest inna. Jest jasność, że nagranie nie zostało zmanipulowane.

- Co jest na taśmie?


- Nie wiem. Nie widziałem jej. Powiedziano mi, że nie ma tam rewelacji. Jest ponoć moment dojścia do drzwi i dzwonienia przez domofon. Potem zdjęcia się urywają, bo funkcjonariuszom ABW długo nie otwierano.


- Dlaczego funkcjonariusze ABW przyszli do Blidów z kamerą? Nagrywali materiał do wieczornych dzienników telewizyjnych? Wygląda to, jakbyście chcieli zrobić polityczny spektakl.

- To jest fałszywe oskarżenie. Wszyscy pamiętamy również z czasów SLD materiały w dziennikach telewizyjnych, w których pojawiały sie zdjęcia operacyjne służb czy policji z zatrzymań gangsterów czy skorumpowanych urzędników. Jest to więc wieloletnia praktyka, którą można krytykować bądź nie. Nie ma tu jednak mowy o drastycznej zmianie reguł. Wiem, że Witold Marczuk, który został szefem ABW już w tej kadencji Sejmu, wydał dyspozycję, żeby nagrywać wszystkie zatrzymania. Chodziło o to, żeby służby mogły się potem bronić przed ewentualnymi zarzutami nadużywania siły.


- Coś tu nie gra. W dniu, gdy zatrzymywano Blidę, podobnych zatrzymań w sprawie mafii węglowej było więcej. Tymczasem kamery były tylko przed domem Blidy i byłego działacza AWS. Jak to się ma do instrukcji Marczuka, że powinno sie nagrywać każdą akcję?

- O ile mi wiadomo, powód jest prozaiczny i wynika ze słabego wyposażenia służb. Sam w to nie mogę uwierzyć, ale ABW na Śląsku ma tylko dwie kamery. Wybrano akurat te dwa zatrzymania, bo one zdaniem funkcjonariuszy mogły potem budzić najwięcej kontrowersji politycznych.

- I można je było potem pokazać w telewizji...

- To jest niesprawiedliwe twierdzenie. Na upublicznienie takich zdjęć powinna być zgoda kogoś z kierownictwa prokuratury. Moim zdaniem takiej zgody by nie było.


- A dlaczego? Zdjęcia z zatrzymania byłego ministra Emila Wąsacza były pokazywane w telewizji już kilka godzin po akcji.


- I to nie było dobre. Jeszcze przed zatrzymaniem Wąsacza Janusz Kaczmarek, wówczas szef Prokuratury Krajowej, zwrócił się na moją prośbę do kierownictwa policji, by nie upubliczniać ewentualnych nagrań. Gdy jednak nagrania wypłynęły do telewizji, Kaczmarek interweniował z pretensjami u ówczesnego szefa policji Marka Bieńkowskiego.


- Czyli taśmy z zatrzymania Blidy nie byłoby w dziennikach?

- Prawdopodobnie by ich nie było. Chyba że potem ze strony polityków pojawiłyby się zarzuty o brutalność czy nadużycie władzy. Wtedy trzeba byłoby pokazać dowód, że do czegoś takiego nie doszło.


- Czy pan w ogóle wiedział, że ABW wejdzie do domu Blidów?

- Nie. Miałem jedynie wiedzę ogólną sprzed kilku miesięcy, że jest prowadzone śledztwo w sprawie mafii węglowej, w którym występują politycy, głównie z SLD, w tym Barbara Blida. Kilka dni przed tragicznym wydarzeniem dostałem informację, że mają być stawiane zarzuty w związku ze sprawą mafii węglowej różnym osobom, także pani Blidzie. Nie wiedziałem, czy chodzi o zarzuty korupcji, oszustw czy wyłudzeń. O planowanym przeszukaniu i zatrzymaniu Barbary Blidy nie miałem pojęcia. Chcę podkreślić, że ta sprawa nie była nadzorowana przez Prokuraturę Krajową.
Nadzór polega na tym, że Prokuratura Krajowa jest na bieżąco informowana o najważniejszych szczegółach śledztwa. Tutaj tego nie było. Śląscy prokuratorzy działali samodzielnie, stąd też wyniknął początkowy brak pewnych informacji po samobójstwie pani Blidy. Po prostu nie mieliśmy w Warszawie dokładnej wiedzy, o co w tym wszystkim chodzi. A prokuratorzy ze Śląska musieli w tym czasie dokonywać konfrontacji, przesłuchiwać i podejmować decyzje o tym, czy występować do sądu o areszt. Nie mieli czasu, by pisać referaty i wysyłać je do Warszawy.


- Ta akcja ABW o 6 rano była w ogóle potrzebna? Nie można było wysłać Blidzie wezwania do prokuratury?

- Nie mogę zrozumieć tego przyczepiania się o szóstą rano. Prawo pozwala zatrzymywać o szóstej rano. W całym cywilizowanym świecie zatrzymuje się podejrzanych w godzinach wczesno rannych. Bo wtedy są w domu, bo większość sąsiadów jeszcze śpi i czynność można przeprowadzić bez sensacji. Funkcjonariusze działali dyskretnie, nawet lekarze pogotowia nie zorientowali się w pierwszej chwili, że w domu Blidów jest ABW. Funkcjonariusze byli po cywilnemu, nie mieli nawet kamizelek kuloodpornych.











































Dlaczego użyto ABW? Chodziło o jednoczesne zatrzymanie 12 osób podejrzewanych o udział w aferach węglowych. Tak by nie mogły one ustalać wspólnej linii obrony. Na przykład pani Blida, gdyby wezwano ją, miałaby czas, by skonsultować się z uwikłaną w tę samą sprawę Barbarą Kmiecik lub innymi osobami. Przecież Kmiecik i Blida doskonale się znały. Tego nie zrobiono przy aferze Lwa Rywina. Gdyby na samym wstępie zatrzymano Rywina i kilka innych osób, a potem doprowadzono do konfrontacji, mielibyśmy dziś o wiele większą wiedzę o Grupie Trzymającej Władzę.


- Jak oceni pan akcję ABW w domu Blidów?

- To jest dramat rodziny, bo była pani poseł odebrała sobie życie. Ale to jest też dramat funkcjonariuszy, którzy się tam znaleźli i absolutnie nie spodziewali się takiego biegu zdarzeń. To są ludzie, którzy nadstawiają karku, walczą z korupcją w imieniu państwa...

... to nie jest usprawiedliwienie dla braku profesjonalizmu
- To prawda. Prokurator ocenia, czy zachowali się niezgodnie z procedurą. Trzeba pamiętać, że mieli na przeciw siebie kobietę, byłą panią minister i poseł. Byli pod medialną presją, żeby zachowywać się w sposób delikatny, nie stosować kajdanek. Jeśli nawet okaże się, że robili błędy, to podłością i skandalem jest robienie z nich morderców.


- Henryk Blida w środę w TVN-owskiej "Uwadze" sugerował, że na miejscu tragedii został potraktowany fatalnie. Zabrano go na przesłuchanie, nie mówiąc nawet, czy żona przeżyła samobójczy strzał.

- Sądzę, że jest to manipulacja dziennikarzy. Trudno mi wierzyć, że Blida świadomie mówi nieprawdę i wprowadza widzów w błąd. Zwłaszcza że można to łatwo sprawdzić. Z jego zeznań w prokuratorze wynika, że o śmierci żony dowiedział się od lekarza na długo przed wyjazdem na przesłuchanie. To samo mówią liczni świadkowie.

- Czy w ogóle były podstawy, by stawiać Blidzie zarzuty?

- Muszę zrobić jedno zastrzeżenie. Dopóki ktoś nie został prawomocnie skazany, to w świetle prawa uchodzi za niewinnego. I tak należy traktować panią Blidę i inne osoby aresztowane w tej sprawie. Ona miała szansę stanąć przed prokuratorami, sądem i złożyć wyjaśnienia. Ubolewam, że wybrała inne rozwiązanie. Zapoznałem się z aktami już po samobójstwie i z całą pewnością mogę powiedzieć, że były podstawy do postawienia pani Blidzie zarzutów. Doświadczeni prokuratorzy z Prokuratury Krajowej po analizie dokumentów uznali zresztą pierwszy zarzut, jaki chciano postawić Blidzie, za zbyt łagodny. Chodzi tu o zarzut pomocnictwa we wręczaniu łapówki. Zdaniem doświadczonych prokuratorów pani Blida powinna była stanąć pod zarzutem współudziału w korumpowaniu prezesa państwowej spółki węglowej.

- O co konkretnie chodziło?

- Barbara Blida, jak podejrzewali prokuratorzy, wzięła udział w korumpowaniu prezesa. I odegrała tu kluczową rolę. Miała to robić w imieniu swojej koleżanki Barbary Kmiecik, potentatki na rynku handlu węglem, nazywanej na Śląsku Alexis. Najpierw pani Kmiecik, jak wynika z ustaleń, sama próbowała skorumpować owego prezesa. Poszła do niego ze złotym zegarkiem, ale dostała kosza. Potem, jak zeznała, "nie miała już śmiałości, by z nim rozmawiać". Zresztą sam prezes przyznał, że Kmiecik była u niego ze złotym zegarkiem. Do nawiązania kolejnego korupcyjnego kontaktu pani Kmiecik potrzebna była Barbara Blida, która dobrze znała prezesa. Kmiecik dała Blidzie 80 tysięcy złotych, które ta miała wręczyć szefowi węglowej spółki.

- Czy Blida tę łapówkę wręczyła?

- Nie wiemy, ale z materiału dowodowego wynika, że była u prezesa i zabiegała o sprawy swojej przyjaciółki. Prokuratorzy nie wykluczali, że Blida zachowała pieniądze dla siebie. To miało być przedmiotem badania między innymi, poprzez przesłuchania Blidy i konfrontacje z prezesem Rudzkiej Spółki Węglowej.

- Kiedy Blida miała dostać pieniądze na łapówkę?

- W 1997 r.

- Czy to jedyne, co można było zarzucić byłej minister?

Nie. Z ustaleń prokuratury wynika, że pani Blida przez lata korzystała z hojności pani Kmiecik. Korzystając z tej hojności, jako minister i posłanka zabiegała o interesy swojej przyjaciółki. Potwierdzają to dokumenty i zeznania. Kmiecik miała kupować Blidzie drogie ubrania i perfumy. Bezpłatnie udostępniała samochód z kierowcą na dłuższy czas. Zafundowała co najmniej 12 zagranicznych wycieczek, na które jeździła Blida i jej rodzina. Wreszcie opłaciła remont domu z basenem w Szczyrku. Prokuratorzy wstępnie ustalili przepływ korzyści majątkowych w wysokości co najmniej 500 tysięcy złotych. Pani Blida zatajała to w oświadczeniach majątkowych i poselskim rejestrze korzyści, co samo w sobie jest przestępstwem.

Może Kmiecik po prostu lubiła Blidę?
Pani Blida wykorzystywała swoją pozycję, by biznesowo pomagać koleżance. Chodziła w jej sprawach do ministrów. Przykładowo, gdy sama była szefem resortu budownictwa, zorganizowała spotkanie, na które zaprosiła wiceministra odpowiedzialnego za górnictwo.

































Zeznaje on, że w gabinecie pani Blidy siedziała pani Kmiecik, przyjaciółka Blidy, która miała interes do załatwienia. Blida dawała sygnały, że zależy jej na pozytywnym załatwieniu spraw przyjaciółki.

Prokurator ocenia materiał dowodowy także w świetle doświadczenia życiowego, które wyklucza wersję o bezinteresownej przyjaźni dwóch pań. Tak samo można powiedzieć, że Marek Dochnal użyczał mercedesa z firankami Andrzejowi Pęczakowi przede wszystkim dlatego, że Pęczak był sympatycznym facetem.

Pytanie, czy były mocne dowody na to, że Blida interweniowała w sprawie interesów pani Kmiecik?
Blida pisała pisma w jej sprawie do dyrektorów urzędów, interweniowała u prezesów przedsiębiorstw, ministrów.


Proszę sobie wyobrazić, że jako minister sprawiedliwości mam kolegę biznesmena, który kupuje mi drogie garnitury, finansuje kosztowane wakacje, użycza samochodu z kierowcą.

W zamian ja wzywam wiceministrów i mówię: "To jest mój przyjaciel, ma pewne problemy, może dałoby się jakoś dogadać?". Jeżeli prokurator zebrałby takie informacje, to policja miałaby pełne prawo, żeby wejść do mnie do domu po 6 rano.

Czy mieliście zeznania tylko pani Kmiecik?
Inne zeznania też potwierdzały istnienie zależności finansowej między pania Blidą i Barbarą Kmiecik. Świadkowie potwierdzają, że znajomość Barbary Blidy z pani Kmiecik przynosiła tej pierwszej korzyści majątkowe.


W dodatku to co zeznawała pani Kmiecik było oceniane przez pryzmat dokumentów. Chodzi między innymi o dokumentację potwierdzającą, że były przepływy finansowe ze strony pani Kmiecik na rzecz pani Blidy. Część materiałów znaleziono u samej Alexis. Przeszukano jej dom i choć minęły lata, przeszukanie okazało się skuteczne.

A co mówi Kmiecikowa o relacjach finansowych, jakie łączyły ją z Barbarą Blidą?
Jednego razu mówi, że użyczyła pani Blidzie pieniędzy na dom i basen, bo ta zapewniła ją, że odwdzięczy się, gdy SLD dojdzie do władzy. Innym razem podkreśla, że był to rodzaj mecenatu, jaki sprawowała nad panią Blidą.


Wreszcie podczas innych zeznań Kmiecik mówi, że ich relacja polegała na przyjaźni i współczuciu. Twierdzi, że dawała jej pieniądze, bo Blida była biedna, a ona z nią sympatyzowała.

Kmiecik mówi o mecenacie?
Tłumaczy, że tak jak dawniej był mecenat nad artystami, tak ona miała mecenat nad panią poseł. Zadam pytanie, czy chcielibyśmy, żeby 460 posłów miało takich mecenasów? Żeby mieli ich wiceministrowie i ministrowie?


W Polsce istnieje problem takich mecenasów. Dla Andrzeja Pęczaka mecenasem był Marek Dochnal. Dla pani Blidy - pani Alexis. Wiele wskazuje na to, że byli tacy politycy, którzy mieli jeszcze bardziej wpływowych mecenasów. I oni teraz najgłośniej krzyczą, bo się boją, że prokuratorzy to udowodnią.


Jak długo trwał korupcyjny układ między paniami Blidą i Kmiecik?
Dowody wskazują, że trwało to kilka lat. Nawet gdy Barbara Blida zarabiała 30 tys. złotych miesięcznie, kiedy została prezesem w J.W. Construction, Kmiecikowa fundowała jej wakacje, bodaj na Dominikanie.



Czy w takiej sytuacji tłumaczenie Kmiecikowej - "Bezinteresownie pomagałam biednej koleżance" - można uznać za wiarygodne? Czy człowiek, który zarabia 30 tysięcy złotych, potrzebuje mecenasa?

Czy Alexis jest główną postacią afery węglowej?
Wiedza prokuratora jest taka, że pani Kmiecik robiła interesy, wykorzystując mechanizmy korupcyjne. Chodzi m.in. o korupcję bezpośrednią, czyli o koperty wręczane prezesom spółek węglowych.


Dwóch z nich zostało przez niezawisły sąd aresztowanych, trzeci przebywa na wolności tylko ze względu na trudną sytuację rodzinną. Kmiecik była tylko jedną z figur na szachownicy działań mafii węglowej na Śląsku. Z materiału dowodowego wynika, że w tym biznesie dawanie łapówek było powszechne.

Popularnym przekupstwem było fundowanie zagranicznych wycieczek. Osoba, która się nie opłacała, była eliminowana z działalności gospodarczej.

Pewnym dramatem pani Kmiecik było to, że na początku lat 90, kiedy, jak twierdzi, jeszcze uczciwie prowadziła działalność, została postawiona przed wyborem: płacisz łapówki i wchodzisz w układy, albo wypadasz z gry. Kmiecik zdecydowała się na pierwszy wariant. Mechanizm korupcyjny ją wessał.

Czy w ten mechanizm wciągnięci byli politycy?
W śledztwie dotyczącym mafii węglowej prokuratura ma wiedzę na temat możliwości korupcji większej liczby polityków, głównie związanych z SLD. Na razie jednak jest to wiedza, której nie udało się zweryfikować. Dlatego że, przynajmniej do tej pory, żadnemu z polityków nie postawiono zarzutów.

Jaka miała być rola ludzi polityki w mafii węglowej?
Nie chcę spekulować, więc powiem ogólnie. Nie jest możliwe, żeby działalność przestępcza na tak wielką skalę na Śląsku mogła być prowadzona bez wiedzy i aprobaty świata polityki i wysokich urzędników państwa.

Mówi pan o SLD, ale przecież przestępczy proceder na Śląsku to nie sprawa ostatnich rządów lewicy. On trwał przez całe lata 90.
Oczywiście. Zarzuty byłyby postawione np. nieżyjącemu Jackowi Dębskiemu, ministrowi sportu w rządzie AWS. Prokuratura ustaliła bowiem, że została mu przekazana łapówka w wysokości 100 tysięcy dolarów.








Chodzi więc nie tylko o SLD, ale także o ludzi związanych choćby z AWS czy innymi partiami prawicy. Mamy takie informacje, tyle że nic nie można zrobić. Niestety w Polsce za sprawą SLD, PSL, UW i prezydenta Kwaśniewskiego wprowadzono kodeks karny, w którym były skandalicznie krótkie okresy przedawnień.


Co się zmieni po wydarzeniach u Blidów. Nie będzie wchodzenie o 6 rano do domów polityków? Czy wręcz przeciwnie, będą oni z miejsca zakuwani w kajdanki?
Na pewno niektórzy politycy z SLD starają się cynicznie zbijać kapitał polityczny na tej tragedii i oczekiwaliby, że organa ścigania zaniechają działań. Ale to ich płonne marzenia. Organa ścigania będą działać, tylko procedury będą bardzo ściśle przestrzegane.

Co pan sądzi o planach powołania komisji śledczej? Opozycja podkreśla, że ABW i prokuratura nie mogą być sędziami we własnej sprawie.
Cyniczny aplauz i wypowiedzi takich ludzi jak Leszek Miller to próby wykorzystania sytuacji do własnych interesów. Im chodzi o zablokowanie śledztw prokuratury, ale to działanie spali na panewce. Boją się, bo wiedzą, że prokuratorzy tropią kapitalizm polityczny. Jednym z ojców takiego układu był właśnie Miller. Spójrzmy, co dzieje się z jego drużyną. Pani Blida wcale nie była pierwszoplanową postacią w SLD, choć była osobą wpływową na Śląsku.






Nie zapominajmy o Andrzeju Pęczaku, prawej ręce Millera z Łodzi. Przypomnijmy Aleksandrę Jakubowską, prawą rękę Leszka Millera w rządzie, która też stoi pod zarzutem korupcji. A regionalni baronowie SLD wskazani przez pana Millera? Większość z nich ma zarzuty prokuratorskie i albo była, albo będzie mogła się znaleźć za kratkami. Przykładowo Śląsk, Andrzej Szarawarski - zarzuty prokuratorskie. Wrocław, Ryszard Nawrat - zarzuty korupcyjne. Jerzy Jędykiewicz, szef SLD z Gdańska - korupcja i malwersacje. Henryk Długosz z regionu Świętokrzyskiego - za kratkami za sprzedanie policjantów gangsterom. Jerzy Szteliga z Opola - korupcja. Można to mnożyć.

Jednak chodzi mi o tragedię, która rozegrała się w domu Blidów. Czy tym nie powinna zająć się komisja śledcza?

Mamy do czynienia z nieszczęśliwym zdarzeniem. W tej sprawie toczy się postępowanie i to postępowanie będzie poddane ocenie opinii publicznej. Natomiast sposób, w jaki zachowują się politycy SLD nad trumną swojej koleżanki, nie pozostawia cienia wątpliwości, o co im chodzi. Jeśli komisja, to może taka, która ma zbadać powiązania funkcjonariuszy państwa z mafią węglową? Może to warto pokazać opinii publicznej?


Moim zdaniem ludzie tacy jak Miller i jego koledzy z SLD szukają każdego pretekstu, by uniemożliwić działania organów ścigania. Wiem jako prokurator generalny z innych postępowań, że słabość do samochodów z kierowcą miało więcej polityków SLD, a nie tylko pan Pęczak i pani Blida.

O kim pan mówi?

- Postępowania są w toku. Nie mogę powiedzieć więcej.