Ten pojedynek nie może jednak skończyć się remisem orzeczonym przez obecnych w ringu sędziów. Bardziej prawdopodobny koniec to obustronny knock-out. Kiedy niedawni bliscy współpracownicy założyli rękawice? I dlaczego zdecydowali się wejść na ring?
Bliski współpracownik ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry został ministrem spraw wewnętrznych i administracji - informowały zaledwie sześć miesięcy temu tytuły gazet. Kaczmarek nieśmiało prostował w wywiadach. "Jeśli jestem czyimś człowiekiem, to jedynie prezydenta Lecha Kaczyńskiego."
Jego słów nikt jednak nie brał na poważnie. Wtedy jedynie garstka najbliższych współpracowników obydwu ministrów mogła się domyślać prawdy. Komentatorom to umknęło. Widzieli zachwycający prostotą, logiczny ciąg zdarzeń. "Wiedzieliśmy, że Ziobrę interesuje dominacja nad całą sferą bezpieczeństwa w kraju. Przeszkodą dla niego był Ludwik Dorn, który dodatkowo miał mocną pozycję polityczną" - przyznaje dziennikarz zajmujący się problematyką bezpieczeństwa.
Zaledwie chwilę wcześniej minister sprawiedliwości zdobył inny przyczółek. W fotelu szefa ABW obsadził przyjaciela jeszcze z czasów swej prokuratorskiej aplikacji Bogdana Świeczkowskiego. "Tym samym zmarginalizował ministra koordynatora, który odtąd wiedział tyle o działaniach służb, ile Ziobro mu pozwolił" -przyznaje polityk PiS.
Protegowany prezydenta
Dotąd prawdziwe przyczyny dymisji Ludwika Dorna nie są w pełni jasne. Wiadomo, że poprzedziła je długotrwała "szeptana" i medialna kampania. Oprócz argumentów opartych na prawdzie używano zmyślonych. Wszystkie błyskawicznie docierały do uszu premiera i prezydenta.
"Dorn często się ośmieszał. Na pierwszej konferencji obiecał, że wyprowadzi na ulice drugie tyle co SLD policjantów. Szybko okazało się, że to mrzonki. MSWiA poza pionem informatyzacji grzęzło w coraz większej niemocy. Policjanci coraz częściej patrzyli na ministra krytycznie. Doprowadzili do pierwszego w dziejach protestu organizowanego bez udziału związków zawodowych. Dorna dobił ostatecznie wiceminister spraw wewnętrznych Marek Surmacz, były milicjant, który kradł prąd i wysyłał policjantów z hamburgerami do swojej koleżanki" - wspomina wysoki rangą oficer policji.
Światło na dymisję Dorna rzuciła dopiero "Rzeczpospolita". Za kulisami odwołania Dorna stały jego tajemnicze związki z poszukiwanym już wtedy listem gończym Henrykiem Stokłosą - obwieściła. Anonimowi informatorzy dziennikarzy tłumaczyli, że Dorn chronił ówczesnego zastępcę komendanta głównego policji. W jednym ze śledztw podobno wyszło na jaw, że generał Jarczewski miał bardzo dobre kontakty z aferzystą i chronił go przed działaniami CBŚ.
"Obserwowałem to z bliska. Gdy zobaczyłem ten artykuł, uznałem, że ci ludzie nie cofną się przed żadną niegodziwością w walce o władzę. Mówiąc "ci ludzie", miałem na myśli Ziobrę i Kaczmarka. Postanowiłem jak najszybciej odejść na emeryturę" - mówi pracujący wtedy w centrali policji oficer.
Po kilku miesiącach autorzy tekstu musieli przeprosić ministra Dorna i generała Jarczewskiego. Bez sprawy w sądzie redakcja wypłaciła zastępcy komendanta głównego policji odszkodowanie w wysokości 50 tysięcy złotych.
"Jednak fotel szefa resortu spraw wewnętrznych był już w rękach człowieka Ziobry. Dorn został zmarginalizowany" - mówi polityk PO. Nawet bliski przyjaciel ministra Ziobry wspomina, że nie krył on wtedy swojej radości.
"Po pierwsze, pozbył się ze swojego ministerstwa Kaczmarka. Po drugie, załatwił koledze fotel ministra spraw wewnętrznych. Miał więc nadzieję, że nad jego imperium wymiaru sprawiedliwości nigdy nie zajdzie słońce" - tłumaczy.
Kaczmarek niechętnie wybierał się do gmachu przy Rakowieckiej. Najpierw odrzucił propozycję zastąpienia Dorna. Uległ dopiero po kolacji u prezydenta.
Kaczmarka od lat łączyła zażyłość z prezydentem. To jemu zawdzięczał tytuł prokuratora krajowego. Gdy jeszcze nie było wiadomo, kto ostatecznie zasiądzie w gabinecie ministra sprawiedliwości - ochotę na to miało dwóch silnych ludzi PiS: Zbigniew Ziobro i Zbigniew Wassermann - funkcję szefa Prokuratury Krajowej i tak miał otrzymać Janusz Kaczmarek.
"To była decyzja prezydenta. To on jako minister sprawiedliwości w rządzie AWS zauważył błyskotliwego i upartego prokuratora z Gdańska i ściągnął do prokuratury krajowej. Zbigniew Ziobro był wtedy wiceministrem sprawiedliwości, Wassermann - prokuratorem krajowym. Mogę się jedynie domyślać, że prezydent chciał mieć bliską sobie osobę, której ufał, aby patrzyła na ręce ministrowi: Ziobrze czy Wassermannowi" - mówi pracownik ministerstwa. Potwierdza to kilku innych naszych rozmówców. Dodatkowo wszyscy wspominają, że Ziobro często wychwalał premiera. Kaczmarek zaś prezydenta.
Wyścig do gabinetu w Alejach Ujazdowskich ostatecznie wygrał Ziobro. Na oczach wielu polityków PiS podczas jednego z powyborczych wieczorów upokorzył on swojego starszego kolegę i konkurenta: "Zbyszek, ile dostałeś głosów w naszym Krakowie?" "Ponad 20 tysięcy" - odparł dumny Wassermann. "A ja ponad 100" - miał wyjaśnić z uśmiechem Ziobro.
Wspólny wróg
Niechęć do Wassermanna początkowo połączyła Ziobrę i Kaczmarka. Zresztą wyśmiewanie się z dociekliwego śledczego z komisji orlenowskiej łączyło wszystkich szefów resortów siłowych w rządzie Kaczyńskiego. Zastępcy prokuratora krajowego, szef ABW z zastępcą, naczelny prokurator wojskowy oraz komendant główny policji po spotkaniach u premiera i prezydenta zaszywali się w jednej z warszawskich knajpek na Nowym Świecie. Właśnie o tych spotkaniach mówił kilka dni temu Zbigniew Ziobro, przyznając, że śmiał się ze słynnej wanny Wassermanna. "Śmiałem się, ale przecież określenie "jacuzzi Wassermanna" weszło do słownika popkultury" - mówił, czerwieniąc się, widzom TVN. Mniej znana anegdota dotyczy operacji, którą przeszła żona ministra koordynatora w krakowskim szpitalu Akademii Medycznej.
"Przechodziła tam zabieg. Znany profesor poprawiał coś, co sknocił jego kolega z prywatnej kliniki" - wspomina jeden z uczestników wieczoru. Operacja się powiodła. Rzecz w tym, że dokumentacja zabiegu zaginęła. "Gdy księgowość szpitala chciała się rozliczyć z NFZ, okazało się, że nie ma ani papierowej, ani elektronicznej historii choroby" - mówi jeden z uczestników. Kolejny cud przydarzył się, gdy historią zaczęli się interesować krakowscy dziennikarze. Wszelkie dokumenty natychmiast się odnalazły.
"Śmialiśmy się, gdyż uznaliśmy to za kolejny przejaw manii ministra koordynatora. Że wysłał chłopaków z agencji, by usunęli wszystkie zapisy. W końcu chodziło o sprawy żony nadszefa służb" - wspomina nasz rozmówca. Według samego Kaczmarka początkowo on również szczerze śmiał się. "Dopiero później zrozumiałem, że koordynator jest świadomym celem ataków Ziobry. Inspirując plotki, przecieki do prasy na jego temat, chciał go poniżyć" - tłumaczy. Ostatecznie jednak wrogość Ziobry miała ich do siebie zbliżyć. "Zawarliśmy pakt o nieagresji. Nie po to, aby zniszczyć Ziobrę, ale w celu obrony. Wiedzieliśmy, że nawet we dwójkę jesteśmy zbyt słabi."
Tym słowom nie zaprzeczył sam Wassermann. Za to wysłał enigmatyczne oświadczenie do PAP, które zdaje się potwierdzać wersję Kaczmarka. "Tak zwana wanna Wassermanna, rura gazowa na Bielanach, krzywdzenie staruszki Gąsiorowej, sugerowanie korupcyjnych powiązań z mafią paliwową czy węglową to tylko niektóre przykłady w moim przekonaniu zorganizowanych i inspirowanych działań przeciwko mojej osobie" - napisał. Dodał, że niewiele trzeba, by inspiratorzy tych ataków byli ujawnieni i ponieśli konsekwencje.
Kogo ma na myśli? Nie wyjaśnił. Z jego słów wynika jedno: wie, że prasowe enuncjacje na jego temat były inspirowane. I wie przez kogo.
"Najlepiej mogliby odpowiedzieć na to pytanie premier i prezydent. Obaj wiedzą, od kogo słyszeli najwięcej nieprawdopodobnych historii o Wassermannie. Jedno jest niezaprzeczalne: Wassermann znajduje się na uboczu. Nikt go nie zapraszał na spotkania dotyczące bezpieczeństwa, które odbywały się u prezydenta lub w kancelarii premiera. Z dnia na dzień jest go mniej w telewizji, której był wcześniej stałym gościem" - uważa polityk PiS.
Ręka w rękę
Jednak pierwsze miesiące wspólnej pracy w Ministerstwie Sprawiedliwości Ziobry i Kaczmarka układały się fenomenalnie. Byli gwiazdami barwnych konferencji prasowych. Podczas jednej z nich Ziobro demonstrował, jak szybko działa niszczarka. W ten sposób miały być niszczone dowody, że PZU ze swojego budżetu wspierał kampanię Tuska. Gdy komentatorzy zaczęli z niego szydzić, na pomoc ruszył Kaczmarek. – Dostałem informację operacyjną od funkcjonariuszy, że dowody mogą być niszczone w siedzibie PZU – tłumaczył przed kamerami. Ostatecznie autor tych „informacji”, poseł PiS Jacek Kurski musiał przepraszać Tuska. Kilkunastu pracowników największego polskiego ubezpieczyciela zdążyło jednak stracić pracę i dobre imię.
"Kaczmarek jeszcze wtedy tłumaczył, że tragedia życiowa tych ludzi to niewielki koszt. Że służby muszą działać szybko, mocno i skutecznie" – wspomina jeden z naszych rozmówców. Jednak drogi ministra i szefa Prokuratury Krajowej z czasem coraz bardziej się rozchodziły, zazdrościli sobie kontaktów z mediami.
"Ziobro był coraz częściej atakowany i rozmawiał z topniejącą liczbą dziennikarzy. Kaczmarek zaś ze wszystkimi. Prawie z każdym miał dobry kontakt. Pytań nigdy nie zostawiał bez odpowiedzi. Ziobro mu tego zazdrościł" – mówi telewizyjny reporter rozmawiający z obydwoma ministrami. Kaczmarek zaś Ziobrze zazdrościł umiejętności przemawiania, barwnego języka i przykuwania uwagi widzów.
Dziś istnienie konfliktu na tym tle potwierdza Kaczmarek: Miałem od ministra zakaz kontaktowania się z niektórymi dziennikarzami. Ich lista rosła z dnia na dzień. Na polecenie ministra musiałem nagrać niektóre z tych spotkań" – mówi Kaczmarek. Temat nagrań dziennikarzy wywołał sam Ziobro. Tłumacząc się z nagrywania na dyktafon rozmowy z wicepremierem Lepperem, argumentował, że Kaczmarek ma doświadczenie w nagrywaniu z ukrycia.
"Nagrywał redaktora Macieja Dudę z <Rzeczpospolitej>. Póżniej sam przyniósł taśmę i ją odsłuchaliśmy" – wyjaśniał w telewizji. Jednak Duda inaczej przedstawia tamte zdarzenia. "Gdy tylko wszedłem do gabinetu, Kaczmarek napisał mi, że musi mnie nagrać na polecenie Ziobry. Byłem zszokowany i natychmiast poinformowałem o tym swoich szefów" – tłumaczy. Czy jednak to kontakty z dziennikarzami mogły stać się prawdziwą przyczyną wojny ministrów? Wydaje się to potwierdzać odpowiedzialny za pion informatyczny wiceminister spraw wewnętrznych Piotr Piętak. Dwa dni temu ogłosił: "Telewizyjna kampania zachęcająca do wymiany starych dowodów na nowe była w rzeczywistości reklamą Kaczmarka. To było nadużycie".
Jeszcze inni obserwatorzy wskazują, że Ziobrze chodzi o to, by być jedynym prawdziwym szeryfem. Kolejni jego konkurenci na tym polu znajdują się „w kręgu podejrzeń”. Taki los spotkał twórcę CBŚ, generała Adama Rapackiego. W mediach nagłośniono, że prokuratura postawi mu zarzuty, co zakończyło jego karierę w policji. Jednak mimo upływu roku to się nie ziściło. Podobny scenariusz rozgrywa się w przypadku prokuratora Marka Wełny, który skutecznie kierował działaniami specjalnej grupy prokuratorów zwalczających mafię paliwową.
"Dziś jest na uboczu. Prokuratury zaś wciąż mielą jakieś sprawy związane z nim. Ubaw z sytuacji mają jedynie dziesiątki baronów paliwowych, skorumpowanych policjantów, oficerów ABW i urzędników skarbowych, których posłał za kratki. Cóż, szeryf może być tylko jeden" – wyjaśnia jeden z naszych rozmówców.
Wojna "bulterierów"
Jednak nawet nieprzyjazne Ziobrze osoby zaprzeczają, aby wszystkie te wydarzenia mogły stać się powodem otwartej wojny "bulterierów". Choć nikt, z kim rozmawialiśmy, nie wierzy w to, że Kaczmarek przed akcją CBA ostrzegł wicepremiera Leppera. "Konferencja prasowa premiera, na której ogłosił dymisję Kaczmarka, spadła na nas jak grom z nieba. Minister spraw wewnętrznych zdrajcą? To się mogło zdarzyć w rządzie SLD, ale nie w naszym" – przyznaje poseł partii Kaczyńskiego. Premier grobowym głosem tłumaczył: "Janusz Kaczmarek znalazł się w kręgu podejrzeń".
Sam minister dowiedział się o swojej dymisji podczas pierwszego dnia urlopu we Włoszech. Zaledwie dzień wcześniej rozmawiał z Jarosławem Kaczyńskim. Jak wspomina, odniósł wrażenie, że wszystko jest w najlepszym porządku. Premier również wspominał tę rozmowę, jednak zupełnie inaczej: "Zostałem wprowadzony w błąd co do pewnych faktów" – oświadczył.
Obaj nie chcą ujawnić szczegółów tej rozmowy. Dziś wydaje się jednak jasne, że nie chodziło o szczegół związany z podejrzeniami o dokonanie przecieku, lecz najprawdopodobniej o skryte rozmowy Kaczmarka z Romanem Giertychem. Dotyczyły one planów konstruktywnego wotum nieufności wobec gabinetu premiera Kaczyńskiego i zastąpienia go rządem Janusza Kaczmarka.
"Zgodziłem się na to, bo nie miałem wyjścia. Chcę zapobiec wprowadzeniu nowego totalitarnego ładu. Stoi za tym m.in. Zbigniew Ziobro" – tłumaczy te rozmowy. I podaje serie przykładów: sprawa kardiologa doktora G., śmierć posłanki SLD Barbary Blidy, w końcu niezgodna z prawem prowokacja specjalna CBA wobec premiera Leppera. Nie tłumaczy jednak, czemu tak ostro nie protestował, gdy był prokuratorem krajowym. Nie podał się również do dymisji, gdy był szefem MSWiA.
"Przy ministrze Ziobro podupadłem jako człowiek, zapomniałem o prawie. Wchodzę do polityki, aby to wszystko naprawić" – deklaruje. Na jego słowa, nie kryjąc emocji, reagował na kolejnych konferencjach prasowych sam Ziobro. "Pan Kaczmarek nie posługuje się językiem prokuratora, prawnika. Używa typowych dla każdego podejrzewanego osobnika argumentów" – tłumaczył. Jednak dotąd prokuratura oszczędnie gospodaruje informacjami ze śledztwa dotyczącego przecieku. Nie wiadomo nawet, czy na pewno taki zarzut zostanie postawiony byłemu wiceministrowi spraw wewnętrznych. Bardziej prawdopodobny jest za to zarzut składania fałszywych zeznań. "Spodziewam się zatrzymania, gdy tylko wrócę do kraju. Jednak w Polsce są jeszcze niezawisłe sądy, które muszą potwierdzić zasadność zarzutów. Jestem niewinny" – odpowiada Kaczmarek.
Kto jednak zwycięży w tej wojnie na śmierć i życie? Wskazówki może udzielić wszechwiedząca wyszukiwarka www.google.pl. Wystarczy wpisać w pole wyszukiwania nazwiska dwóch skonfliktowanych ministrów. W cztery setne sekundy Google odnajduje prawie 1,5 miliona dokumentów. Trudno uwierzyć, aby choćby w ich setną część wczytywali się internauci. A początek wskazanego jako pierwszy dokumentu brzmi: "Kaczmarek wysłał również do Ziobry list otwarty, w którym zwraca się do niego o stosowanie przepisów prawa zgodnie z zasadami praworządności...".
Jeśli wkrótce nie zastąpi tego artykułu inny, zaczynający się od słów: "Były minister spraw wewnętrznych i administracji aresztowany pod zarzutem ujawnienia tajemnicy państwowej, kariera Zbigniewa Ziobry załamie się. Na szali postawił on całą swoją wiarygodność. Już dziś traci w sondażach, choć nadal jest ich liderem".
"Znam Janusza i Zbyszka. Jeśli którykolwiek będzie szedł na dno, to do końca będzie za nogi trzymał drugiego. Tej walki nie skończą sędziowie, przyznając punkty bokserom. To się skończy obustronnym knock-outem" – uważa jeden z naszych rozmówców.