Bycie u władzy nie szkodzi

W momencie zamykania tego wydania DGP nie znamy jeszcze ostatecznych wyników, ale to, że PiS dojedzie do wyborczej mety na pierwszym miejscu, jest praktycznie przesądzone. To drugi raz w ciągu 30 lat, gdy partia sprawująca władzę kończy kadencję, nie tracąc prowadzenia. Pierwsza była PO w 2011 r., co oznaczało kontynuację rządów. Wcześniej aksjomatem były rządy przez jedną kadencję. Dziś scena polityczna się ustabilizowała. – W efekcie jedna formacja może rządzić dwie kadencje. Powody są dwa. Dobra sytuacja gospodarcza i skupienie polskiej polityki wokół czterech, jak je nazywam, partii kartelowych PiS, PO, PSL i SLD. Nowe projekty polityczne poniosły klęskę, nawet lewica wraca na listach SLD – podkreśla politolog Antoni Dudek. Zwraca uwagę, że nie tylko było to kolejny raz, gdy rządząca partia prowadziła od początku w sondażach, ale w przeciwieństwie do 2011 r. w tej kampanii była to stabilna dwucyfrowa przewaga.

Frekwencja nie zawsze działa na rzecz opozycji

Takie przeświadczenie pokutowało jeszcze przed majowymi eurowyborami. Gdy w wieczór wyborczy pokazały się wyniki exit polls, przedstawiciele Koalicji Europejskiej pocieszali się, że przecież frekwencja była spora, głosy są jeszcze zliczane, a korekta wyników zawsze działa na ich korzyść. Korekta rzeczywiście nastąpiła, ale na korzyść PiS, które zwiększyło dystans do przeciwników. Nic dziwnego, że przy wyborach parlamentarnych PiS największe siły i środki na ostatniej prostej kampanii przeznaczył na mobilizację wyborców. Wynikało to głównie z obawy o to, że utrzymujące się od wielu tygodni sondaże korzystne dla partii rządzącej mogą uśpić czujność elektoratu. Wiązało się to z drugą obawą, że PiS wygra wybory, ale nie wygra władzy (nie mając wystarczającej większości w Sejmie, by sformułować rząd).

Socjolog polityki Jarosław Flis zwraca uwagę, że gra na jak najwyższą frekwencję jest dość ryzykowna, bo raz może pomóc, a innym razem zaszkodzić. – Takiej publicznej kampanii namawiającej do pójścia na eurowybory raczej nie było. Za to w wyborach samorządowych w 2018 r. takie starania PiS podjął i mu nie wyszło – przypomina ekspert. – PiS starał się docierać do swoich wyborców, ale chcąc nie chcąc, docierał też do wyborców opozycji. Pytanie więc, jak silny okaże się skutek uboczny w postaci mobilizacji anty-PiS-u.

Wyborcy impregnowani na afery

Przez większość kampanii opozycja i wielu obserwatorów wypatrywali jakiegoś punktu zwrotnego, matki wszystkich afer, czegoś, co wywróci stolik. PiS zresztą dostarczał niemało materiału analitycznego – mieliśmy aferę marszałka Kuchcińskiego (zakończoną dymisją), aferę hejterską w Ministerstwie Sprawiedliwości (zakończoną dymisją wiceministra Piebiaka) czy wreszcie aferę wokół kamienicy Mariana Banasia (zakończoną – przynajmniej chwilowo – urlopem nowego szefa NIK). Mimo to ani razu w minionej kampanii nie zaobserwowaliśmy tąpnięcia PiS w sondażach. Zdaniem ekspertów złożyło się na to kilka czynników. PiS dyskontuje dobrą koniunkturę gospodarczą, gdy, ogólnie rzecz biorąc, rodakom żyje się lepiej niż jeszcze kilka lat temu. Większość ludzi nie czuła więc potrzeby zmiany władzy, nawet mimo afer.

Lewica dostała tlenu

Od początku kampanii Lewica była jedynym ugrupowaniem, które po spełnieniu minimalnych warunków było skazane na sukces, czyli wejście do Sejmu. PiS, PO czy PSL miały własne kryteria sukcesu znacznie bardziej wyśrubowane. Tymczasem te minimalne warunki Lewicy to połączenie sił i pilnowanie, by nie mieć jakiejkolwiek konkurencji z lewicowym szyldem. A ponieważ dogadali się liderzy trzech największych ugrupowań, to oba warunki zostały spełnione na samym starcie. Premią za te dwa oczywiste ruchy miał być powrót do parlamentu po latach nieobecności przedstawicieli lewicy. Ruch KO z Małgorzatą Kidawą-Błońską jako kandydatką na premiera i późniejsze awanse dla lewicowego elektoratu pokazały, że Platforma traktuje jako zagrożenie konsolidację po lewej stronie.

Opozycja nie ma programu? To nieprawda

To była sztandarowa narracja PiS przez wiele miesięcy. Co więcej, opozycja – zwłaszcza na etapie rozpadu Koalicji Europejskiej po majowych eurowyborach – niewiele robiła, by utwierdzić wyborców w przekonaniu, że jest inaczej, niż twierdzi partia rządząca. Pójście opozycji w kilku blokach spowodowało, że argument o jej byciu wyłącznie anty-PiS-em, stał się z gruntu fałszywy. Wszystkie główne komitety – KO, Lewica i ludowcy – pokazały swoje programy, bez ograniczeń, jakie narzucała na nie formuła wielkiej koalicji. W ostatnich tygodniach dyskutować można więc było nad sensownością tych propozycji, ale już nie nad tym, czy po tamtej stronie jakikolwiek program jest. Problem opozycji jest inny. KO nie potrafiła w tej kampanii opowiedzieć o swoich postulatach.