Jak twierdzi dziennik "Polska", jeszcze kilka tygodni temu na liście wyjazdowej w tropiki widniało 51 osób. "Fakt" zastanawia się, po co aż tylu urzędników musi jechać na jakąś konferencję. Odpowiedź jest prosta. O takiej wycieczce szary człowiek może jedynie pomarzyć, a tu nadarza się okazja, by pojechać za darmo. No prawie za darmo. Zapłacą za to przecież zwykli podatnicy - pisze bulwarówka.
Przelot tam i z powrotem oraz dwutygodniowy pobyt jednej osoby na wyspie Bali to wydatek rzędu 13 tys. zł. Michał Milewski, naczelnik w Ministerstwie Środowiska, odpiera zarzuty o rozrzutność, mówiąc, że przecież "żaden z uczestników nie będzie tam przez pełne dwa tygodnie".
"Na tej konferencji będzie 10 tys. osób. Z samych Stanów Zjednoczonych przyjedzie 600-osobowa grupa. Polska delegacja naprawdę nie będzie duża" - mówi na łamach "Faktu" Milewski. I wylicza, że z pieniędzy resortu sfinansowany będzie wyjazd tylko kilku urzędników z ministerstwa. "Pozostali to przedstawiciele organizacji i instytucji, które płacą za wyjazd z własnych pieniędzy" - twierdzi.
"Fakt" w szyderczy sposób krytykuje ustępującego ministra środowiska Jana Szyszkę za to, że za ministerialne pieniądze funduje sobie i swoim urzędnikom wczasy na rajskiej wyspie Bali. Mają tam lecieć na konferencję dotyczącą zmian klimatycznych. Ale tak naprawdę szykuje się zabawa - egzotyczne dania, palmy, drinki i czysta jak błękit woda - pisze bulwarówka.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Reklama
Reklama
Reklama