Państwa Unii Europejskiej powinny się skupić na tym, aby ratować Liban. Dzisiejsza sytuacja grozi zniszczeniem państwa, które przy wszystkich swoich wadach jest krajem, gdzie pokojowo współżyją chrześcijanie i muzułumanie. To kraj o bardzo bogatym dorobku kulturalnym i politycznym, także kompromisu. Gdyby więc Unia posiadała europejskiego ministra spraw zagranicznych wyposażonego w pełne kompetencje, mogłaby zastąpić – chociażby częściowo – brak amerykańskiego przedstawiciela. Przy obecnym statusie prawnym i braku rzeczywistych narzędzi wspólnej polityki zagranicznej jest kolosem gospodarczym, ale słabeuszem politycznym. Obecnie państwa UE skupiają się na nawoływaniu państwa Izrael do umiaru i ograniczenia użycia siły. To także sygnał ostrzegawczy dla nas. Powinniśmy wesprzeć głosy na rzecz zwiększenia siły politycznej UE.
Nie wystarczy jednak nawoływać Izraela do spokoju. Należy także wpłynąć na Stany Zjednoczone, by powróciły do tradycyjnej roli mediatora. Podjąć też mediacje na własną rękę. Prezydent Bush dał Izraelczykom tydzień. Sęk w tym, że ten tydzień dobiega końca, a nie widać, by Izrael poradził sobie z Hezbollahem. Pytanie, co dalej? Wyobraźmy sobie, że upłynął ten tydzień i nic straszliwego się nie stało. Jednak wczorajszy przyjazd Condoleezzy Rice na Bliski Wschód w sytuacji otwartej wojny, może się okazać mniej skuteczny. Uczestnicy arabscy powiedzą, że USA czekało, aż izraelskie pociski zniszczą ich kraj. Gra na zwłokę i przeczekanie obniży zatem autorytet USA i UE, który jest i tak nadszarpnięty katastrofą militarną w Iraku.
Inaczej było w trakcie poprzednich konfliktów, kiedy poprzednicy prezydenta Busha, łącznie z jego ojcem, natychmiast wysyłali sekretarza stanu na miejsce prowadzenia działań zbrojnych. Za każdym razem podejmowano wszelkie działania, by doprowadzić do kompromisu zanim konflikt się rozszerzy. Prezydent Bush najwidoczniej uważa, że danie Izraelowi wolnej ręki, by zlikwidował przynajmniej zbrojne ośrodki Hezbollahu ma być lepszym rozwiązaniem. Zastanawia mnie, skąd ta pewność, że sytuacja na Bliskim Wschodzie nie zaogni się. Nie dalej, jak dwa lata temu prezydent USA był pewien, że wojskowa inwazja w Iraku załatwi sprawę usunięcia reżimu Husajna. W kraju miał zapanować pokój i demokracja. Czy ma podstawy wywiadowcze, ideologiczne, by przypuszczać, że Izrael jest w stanie
zlikwidować Hezbollah? Pozostaje to tajemnicą dla mnie i dla innych komentatorów. Przykładowo pani Madelaine Albright zareagowała
bardzo krytycznie, mówiąc, że na miejscu dzisiejszej sekretarz stanu Condoleezzy Rice, dawno by tam już była. Irak jest praktycznie w stanie wojny. Stany Zjednoczone mają słabe możliwości interwencji. To tym bardziej może zachęcać uczestników tej rozgrywki do oporu i nieszukania pojednania.
Na razie owoce polityczne z tego, co się dzieje w Libanie, zbierają Rosja i Chiny. Państwa te są całkowicie neutralne. Potępiły najeźdźców i terrorystów, potępiły także bezradność Zachodu. A to przecież jest teren opieki politycznej Europy. Zachód dopuszcza jednak do tego, że giną niewinni ludzie, sytuacja jest z dnia na dzień coraz bardziej groźna. Opanowanie tego konfliktu powinno być dla Europy priorytetem. Istnieje dodatkowe zagrożenie, że konflikt na Bliskim Wschodzie przerodzi się w wojnę globalną. Wystarczy, że Izraelczycy pomylą się i trafią w jakiś obiekt syryjski. Wystarczy, że wojna przedłuży się w czasie. Już teraz widać, że Hezbollah jest dużo silniejszy, niż się na początku wydawało. Wystarczy, że Iran poczuje, że może tam stworzyć przyczółek dla swoich działań zbrojnych i wybuchnie wojna. Rola USA i UE sprowadzi się wówczas do tego, by być biernym obserwatorem albo ryzykować wojnę atomową. Przy tak wielkim nasyceniu ekwipunkiem wojennym w tej części świata, Zachód nie posiada sił konwencjonalnych, które dałyby sobie radę.
Trzeba mieć jednak świadomość, że sytuacja może się wymknąć spod kontroli. To przerażająca wizja. Mieliśmy już w przeszłości podobne doświadczenie: w 1914 roku, kiedy to społeczność międzynarodowa nie przypuszczała, że dojdzie do konfliktu na światową skalę. Dzisiaj Iran jest potężnym, bardzo dobrze uzbrojonym państwem będącym na progu posiadania broni atomowej. Arabia Saudyjska jest także uzbrojona po zęby. Starania mediacyjne Egiptu są w tej chwili lekceważone. To wszystko tworzy wielką beczkę z prochem. Czarne chmury zebrały się nad Bliskim Wschodem i nie wolno czekać, aż wiatr je rozpędzi.