20-tysięczny tłum starł się z policją w mieście Yongzhou w centralnych Chinach. Demonstranci, przeciw którym użyto stalowych pałek, obrzucili funkcjonariuszy cegłami. Na chińskiej prowincji narasta bunt przeciw biedzie i skorumpowanym władzom - pisze DZIENNIK.
Ludzie wyszli na ulice półmilionowego Yongzhou w ubiegły czwartek rozwścieczeni wysoką podwyżką cen biletów miejskiej komunikacji - podał wczoraj Boxun, chiński
serwis internetowy w USA, który pierwszy dowiedział się o proteście.
Tłum szybko urósł do 20 tys. osób, które zaczęły skandować hasła przeciw korupcji lokalnych władz. "Wtedy pojawiła się policja uzbrojona w metrowe stalowe pałki. Doszło do starć. W płomieniach stanęły trzy radiowozy i sześć autobusów. Policjantów obrzucono cegłami i kamieniami. W dławieniu protestu wzięło udział ponad tysiąc funkcjonariuszy" - relacjonował naoczny świadek pacyfikacji protestu dla chińskiego radia Głos Nadziei prowadzonego w Stanach Zjednoczonych przez chińskich emigrantów.
Zamieszki trwały aż dwie doby. Co najmniej 10 osób odniosło rany, wielu demonstrantów aresztowano. Miejscowe władze zakazały prasie przekazywać informacji o proteście, dlatego świat dowiedział się o nim dopiero wczoraj.
"Każdego dnia w Chinach ma miejsce kilka podobnych protestów. Ale tylko największe i najbrutalniej zdławione trafiają do zachodnich mediów. Zagraniczni korespondenci zwykle urzędują w metropoliach, a nie na prowincji, gdzie najczęściej dochodzi do demonstracji" - powiedziała DZIENNIKOWI Lu Yiyi, socjolog z londyńskiego Chatham House.
Tłum szybko urósł do 20 tys. osób, które zaczęły skandować hasła przeciw korupcji lokalnych władz. "Wtedy pojawiła się policja uzbrojona w metrowe stalowe pałki. Doszło do starć. W płomieniach stanęły trzy radiowozy i sześć autobusów. Policjantów obrzucono cegłami i kamieniami. W dławieniu protestu wzięło udział ponad tysiąc funkcjonariuszy" - relacjonował naoczny świadek pacyfikacji protestu dla chińskiego radia Głos Nadziei prowadzonego w Stanach Zjednoczonych przez chińskich emigrantów.
Zamieszki trwały aż dwie doby. Co najmniej 10 osób odniosło rany, wielu demonstrantów aresztowano. Miejscowe władze zakazały prasie przekazywać informacji o proteście, dlatego świat dowiedział się o nim dopiero wczoraj.
"Każdego dnia w Chinach ma miejsce kilka podobnych protestów. Ale tylko największe i najbrutalniej zdławione trafiają do zachodnich mediów. Zagraniczni korespondenci zwykle urzędują w metropoliach, a nie na prowincji, gdzie najczęściej dochodzi do demonstracji" - powiedziała DZIENNIKOWI Lu Yiyi, socjolog z londyńskiego Chatham House.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|