Pierwszy program telewizji rosyjskiej rozpoczął emisję serialu przedstawiającego dyktatora jako pogodnego filozofa dumającego nad losem świata - pisze DZIENNIK.
Stalin cytuje fragmenty Biblii, później czule przytula dzieci, częstując je cukierkami, które zawsze trzyma w kieszeni munduru. Najlepiej czuje się jednak w zaciszu
swojego gabinetu, pogrążony nad stosem książek, co chwila wygłasza monologi godne starożytnych myślicieli. "Rosja za czasów rządów Stalina była prawdziwym imperium" albo
"Stalin nie był jedynie oprawcą, był ofiarą czasów, w jakich przyszło mu żyć" - podpowiada zza kadru głos narratora. Generalissimus nie tylko jednak oddaje się
filozoficznym rozważaniom, wspomina też kolejne stacje swojej biografii. Jest bowiem rok 1953 i życie dobrotliwego starca nieubłaganie zbliża się do końca.
"Oglądając pierwsze odcinki serialu <Stalin. Live>, przecierałem oczy ze zdumienia. To manipulacja rodem z Łubianki" - pisze Carmen Eller, moskiewska korespondentka niemieckiego tygodnika "Die Zeit". Rzeczywiście grający Stalina gruziński aktor David Giorgobiani to zdaniem krytyków "genialna kopia dyktatora", autorzy serialu z kolei zapewniają, że każdy jego kadr powstał po długiej analizie archiwalnych kronik. Na swojej stronie internetowej (http://www.rian.ru/photolents/20070202) producent udowadnia zresztą swoją staranność inscenizacyjną. Poszczególne sceny porównać można do niemal identycznych oryginalnych zdjęć sprzed ponad 60 lat. - Taka dbałość o detale szybko wprowadza przeciętnego Rosjanina w błąd. Ten serial to stuprocentowe kłamstwo niebezpiecznie wymieszane z ideologią - komentuje Jurij Samodurow, szef moskiewskiego Centrum Sacharowa.
Reżyser Grigorij Ljubomirow, który wsławił się realizacją rosyjskiej wersji "Big Brothera", nie tylko jednak idealizuje Stalina. Oto bowiem chłopiec nie może wstąpić w szeregi pionierów, ponieważ jego ojciec pozwolił sobie na krytykę reżimu, albo niecni weterynarze pod wpływem alkoholu operują chore zwierzę. Nigdy nie pada jednak słowo gułag, czystka lub deportacja.
O dziwo, ta pisana na nowo historia nie spotkała się z krytyką w rosyjskich mediach. Tylko "Nowaja Gazieta" opisuje serial jako "bezmyślne oglądactwo poziomem zbliżone do telewizyjnych widowisk w stylu reality show". Pismo słowem jednak nie zarzuca stacji próby nachalnego uczłowieczania ludobójcy.
"Film dostał pieniądze na realizację oraz dobry czas antenowy, ponieważ Stalin kojarzy się Rosjanom z silnym, bezpiecznym państwem, do którego wielu nadal tęskni. Na tej nostalgii wciąż można świetnie zarobić" - tłumaczy były deputowany do Dumy Anatolij Szabad.
Pierwszy odcinek serialu odniósł sukces; przed telewizorami zasiadło 19 procent Rosjan. Następne części zebrały już mniejszą widownię. "Wkrótce w podobnej, przystępnej formule realizowane będą seriale o innych radzieckich przywódcach: Chruszczowie, Breżniewie i Gorbaczowie" - chwali się reżyser "Stalin Live". Jak pisze "Die Zeit", Ljubomirow przedstawił również stacji projekt filmu o rosyjskim laureacie pokojowej Nagrody Nobla Andrieju Sacharowie, fizyku jądrowym, który na skutek przeciwstawienia się władcom Kremla pozbawiony został wszelkich tytułów. Zarząd NTW scenariusz jednak odrzucił i zdecydował się na realizację serialu "Stalin Live". Wiadomo, telewizje muszą się kierować przede wszystkim gustem odbiorcy.
"Oglądając pierwsze odcinki serialu <Stalin. Live>, przecierałem oczy ze zdumienia. To manipulacja rodem z Łubianki" - pisze Carmen Eller, moskiewska korespondentka niemieckiego tygodnika "Die Zeit". Rzeczywiście grający Stalina gruziński aktor David Giorgobiani to zdaniem krytyków "genialna kopia dyktatora", autorzy serialu z kolei zapewniają, że każdy jego kadr powstał po długiej analizie archiwalnych kronik. Na swojej stronie internetowej (http://www.rian.ru/photolents/20070202) producent udowadnia zresztą swoją staranność inscenizacyjną. Poszczególne sceny porównać można do niemal identycznych oryginalnych zdjęć sprzed ponad 60 lat. - Taka dbałość o detale szybko wprowadza przeciętnego Rosjanina w błąd. Ten serial to stuprocentowe kłamstwo niebezpiecznie wymieszane z ideologią - komentuje Jurij Samodurow, szef moskiewskiego Centrum Sacharowa.
Reżyser Grigorij Ljubomirow, który wsławił się realizacją rosyjskiej wersji "Big Brothera", nie tylko jednak idealizuje Stalina. Oto bowiem chłopiec nie może wstąpić w szeregi pionierów, ponieważ jego ojciec pozwolił sobie na krytykę reżimu, albo niecni weterynarze pod wpływem alkoholu operują chore zwierzę. Nigdy nie pada jednak słowo gułag, czystka lub deportacja.
O dziwo, ta pisana na nowo historia nie spotkała się z krytyką w rosyjskich mediach. Tylko "Nowaja Gazieta" opisuje serial jako "bezmyślne oglądactwo poziomem zbliżone do telewizyjnych widowisk w stylu reality show". Pismo słowem jednak nie zarzuca stacji próby nachalnego uczłowieczania ludobójcy.
"Film dostał pieniądze na realizację oraz dobry czas antenowy, ponieważ Stalin kojarzy się Rosjanom z silnym, bezpiecznym państwem, do którego wielu nadal tęskni. Na tej nostalgii wciąż można świetnie zarobić" - tłumaczy były deputowany do Dumy Anatolij Szabad.
Pierwszy odcinek serialu odniósł sukces; przed telewizorami zasiadło 19 procent Rosjan. Następne części zebrały już mniejszą widownię. "Wkrótce w podobnej, przystępnej formule realizowane będą seriale o innych radzieckich przywódcach: Chruszczowie, Breżniewie i Gorbaczowie" - chwali się reżyser "Stalin Live". Jak pisze "Die Zeit", Ljubomirow przedstawił również stacji projekt filmu o rosyjskim laureacie pokojowej Nagrody Nobla Andrieju Sacharowie, fizyku jądrowym, który na skutek przeciwstawienia się władcom Kremla pozbawiony został wszelkich tytułów. Zarząd NTW scenariusz jednak odrzucił i zdecydował się na realizację serialu "Stalin Live". Wiadomo, telewizje muszą się kierować przede wszystkim gustem odbiorcy.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|