Ale podczas dzisiejszej kolacji na zamku Bellevue nastrój zarówno pani Merkel, jak i jej gości - 26 unijnych przywódców - mogą popsuć targi o treść Deklaracji Berlińskiej, która zostanie ogłoszona w półwiecze europejskiej integracji.
"Angela Merkel będzie musiała użyć całych swoich politycznych zdolności, by przekonać pozostałych liderów, by nie zdruzgotali tego historycznego momentu" - mówi DZIENNIKOWI Daniela Schwarzer z niemieckiej Fundacji Nauka i Polityka.
Kością niezgody jest data, jaką Niemcy przemycili do ostatecznego, opracowanego poufnie projektu trzystronicowej Deklaracji Berlińskiej. - Dziś, 50 lat po podpisaniu traktatów rzymskich jesteśmy zjednoczeni w dążeniu, by do wyborów do Parlamentu Europejskiego w 2009 r. oprzeć Unię Europejską na odnowionym wspólnym fundamencie - brzmi końcowy fragment opublikowanego wczoraj projektu.
To sformułowanie można zinterpretować jako zakamuflowane zobowiązanie przywódców Unii do kompromisu w ciągu zaledwie dwóch lat dotyczącego konstytucji europejskiej. Już wcześniej stanowczo sprzeciwiało mu się kilka państw, w tym przede wszystkim Czechy, Wielka Brytania i Polska.
"Nie wykluczam, że może nawet do samego końca, do chwili podpisania deklaracji, będą toczone negocjacje" - mówi DZIENNIKOWI doradca polskiego prezydenta Marek Cichocki, który uczestniczył w dotychczasowych rozmowach na temat deklaracji.
Zresztą już na kilka dni przed szczytem w Berlinie pojawiły się zwiastuny konfliktów. Czesi oskarżyli niemiecką kanclerz o to, że pisze deklarację w zaciszu swojego gabinetu, zamiast rozmawiać o niej otwarcie z partnerami. "Kiedy w końcu dostaniemy tekst, nie będziemy mogli w nim nic zmienić" - uskarżał się w jednym z wywiadów czeski wicepremier Alexander Vondra. Zdaniem Danieli Schwarzer poufność prac nad Deklaracją Berlińską tylko osłabi polityczne znaczenie tego dokumentu. "Niektóre kraje mogą po prostu uznać, że deklaracja ich nie dotyczy. Tym bardziej że podpisy pod nią złożą tylko przedstawiciele instytucji UE, a nie krajów członkowskich" - mówi DZIENNIKOWI.
Niemcy są jednak optymistami. Mają nadzieję, że żaden z krajów UE nie odważy się popsuć niedzielnej uroczystości. Angela Merkel nie ukrywa, że deklaracja ma być pierwszym krokiem do przełamania impasu w sprawie eurokonstytucji, odrzuconej w 2005 r. w referendach we Francji i Holandii. - Potrzebujemy konstytucji, która dopasuje mechanizmy podejmowania decyzji do potrzeb rozszerzonej Unii Europejskiej - przekonywała jeszcze wczoraj Angela Merkel w rozmowie z dziennikiem "Bild", w tym samym wywiadzie, w którym - by jeszcze bardziej podgrzać atmosferę - opowiedziała się za wspólną armią europejską. W kontrowersyjnej sprawie konstytucji pani kanclerz miała już w Berlinie rozmawiać z prezydentem Czech Václavem Klausem oraz premierem Mirkiem Topolánkiem i wyjaśnić ostatnie zastrzeżenia Pragi.
Wcześniej uzyskała też obietnice poparcia deklaracji przez Polskę, choć w dokumencie zabraknie forsowanego przez Warszawę odniesienia do judeochrześcijańskich korzeni Europy. - Wszystkie pozostałe istotne dla Polski elementy zostały uwzględnione - twierdzi Cichocki.
Jego zdaniem deklaracja podkreśli historyczną rolę naszej części Europy w jednoczeniu kontytentu, opowie o otwartości Unii Europejskiej i wymieni zasługi "solidarnościowej" rewolucji dla dzisiejszej Europy.
Atmosfera w Berlinie ma być podniosła i zgodna - to plan niemieckiej kanclerz Angeli Merkel, która szykuje w stolicy Niemiec wielkie przyjęcie z okazji 50. urodzin Unii Europejskiej - pisze DZIENNIK.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Reklama
Reklama
Reklama