Jako "nieoczekiwane i wspaniałe" określono tysiące inicjatyw, upamiętniających w całym kraju poświęcenie zwycięzców wielkiej wojny, jak nazywa się we Francji pierwszy konflikt światowy.

Podczas porannej uroczystości, która zgromadziła w niedzielę przed grobem nieznanego żołnierza pod Łukiem Tryumfalnym ok. 70 szefów państw i rządów, Emmanuel Macron utrzymał równowagę między upamiętnieniem zawarcia pokoju, wezwaniem do zjednoczenia i odnowienia projektu wspólnoty, jaką jest Unia Europejska, nie zacierając przy tym (francuskiego) zwycięstwa i pamięci o nim, pisze w dzienniku "Le Monde" Marc Semo.

W programie BFMtv Geoffroy Didier, zastępca sekretarza generalnego partii Republikanie, również przyznał, że upamiętnienie było wspaniałe. Skrytykował jednak prezydenta za przyrównanie obecnej sytuacji do lat 30. XX wieku i dokonany przez niego po raz kolejny sztuczny podział na postępowców i populistów.

- Sztuczny, ponieważ sytuacja jest o wiele bardziej złożona, niż chciałby Macron - tłumaczył polityk i przypomniał, że główny obiekt ataków prezydenta Francji, węgierski premier Viktor Orban, dwa razy wybrany został przez naród w demokratycznych wyborach. - Demokracja bez narodu to słaby pomysł - skwitował Geoffroy Didier.

Porównaniu do lat 30. zdecydowanie sprzeciwiają się historycy. Nicolas Offenstadt, autor prac o obu wojnach światowych i o najnowszej historii Niemiec, powiedział w długim wywiadzie dla BFMtv, że różnica jest zasadnicza, przede wszystkim dlatego, że gromieni przez Macrona populiści nie mają najmniejszych zamiarów dokonywania ekspansji terytorialnej. - Marine Le Pen nie zamierza najeżdżać na Polskę, ani nawet na Niemcy - mówił z kolei w programie France Info komentator Daic Audouit.

Virginie Le Guay, szefowa działu politycznego tygodnika "Paris Match" ocenia natomiast, że Macron, którego notowania bardzo podupadły, próbował wykorzystać rocznicowe obchody, aby dodać blasku swej prezydenturze, zwłaszcza na potrzeby wewnętrzne.

W niedzielę po południu Macron przemawiał na Międzynarodowym Forum na rzecz Pokoju. Ta trzydniowa konferencja ma bogaty program, a jej głównym celem jest promowanie multilateralizmu w sprawach międzynarodowych - od zapobiegania konfliktom poprzez klimat do kwestii migracyjnych. W tym zgromadzeniu "ostentacyjnie" - jak to nazwały francuskie media - nie wziął udziału prezydent USA Donald Trump.

Laurence Nardon, politolog z Francuskiego Instytutu Stosunków Międzynarodowych (IFRI), powiedziała na falach radia France Info, że to forum, mające być przeciwwagą dla polityki obecnego lokatora Białego Domu, nie chciało i nie spodziewało się jego udziału.

Jak zauważyli francuscy obserwatorzy, mimo ratowania pozorów, nie słabnie spór między prezydentami Francji i USA, rozpoczęty stwierdzeniem Macrona, że Europa potrzebuje prawdziwej armii, by bronić się również przed USA.

Radia i telewizje przytaczają fragmenty niedzielnego wywiadu Macrona dla CNN, w którym sprzeciwia się on dyplomacji przy pomocy tweetów.

Stwierdził on wprawdzie, że Europa powinna zwiększyć wydatki na NATO (które Trump uznaje za niewystarczające), ale francuskie media wybijają zdanie: "Nie chcę, aby kraje europejskie zwiększały swój budżet obronny po to, by kupować amerykańską broń (...). Jeśli zwiększamy nasz budżet, to po to, żeby budować naszą autonomię".

Według komentatora "Le Monde" Macron ustawia się w roli naturalnego przywódcy miotanego wątpliwościami świata zachodniego. Pozę tę ułatwia mu to, że prezydent USA jest coraz bardziej izolacjonistyczny, że do Paryża nie przyjechała zaplątana w brexit” brytyjska premier Theresa May, zaś stojąca u boku Macrona kanclerz Niemiec Angela Merkel jest bardzo osłabiona.