- Trąd nacjonalistyczny grozi Europie rozczłonkowaniem i utratą suwerenności - powiedział Emmanuel Macron w czwartkowym wywiadzie dla największego we Francji dziennika.

- To znaczy, że jej bezpieczeństwo zależeć będzie od amerykańskiego wyboru i od jego zmian, od Chin coraz bardziej obecnych w zasadniczych strukturach, od Rosji, którą kuszą czasem manipulacje, od wielkich interesów finansowych oraz od rynków wykraczających nieraz poza miejsce, jakie zająć może państwo - wskazał prezydent.

Macron dodał, że uderza go podobieństwo między tym, co obecnie przeżywamy i tym, co było między dwiema wojnami. - W Europie podzielonej strachem, następstwami kryzysu gospodarczego i uciekającej w nacjonalizm widzimy niemal dokładnie odbicie tego, co wybijało rytm Europy od końca I wojny światowej do kryzysu w 1929 r. - zauważył.

Niektórzy francuscy komentatorzy zgadzają się z analizą prezydenta, według innych jego wypowiedź to dramatyzowanie przed majowymi wyborami do Parlamentu Europejskiego. Część obserwatorów analizuje to, co Macron nazywa "nacjonalizmami", twierdząc, że są to symptomy "rewolty narodów przeciw utopiom".

Według radia RTL wypowiedź prezydenta "nabiera szczególnej wymowy" po opublikowaniu przez "Ouest France" sondażu wskazującego, że "w celu przeprowadzenia głębokich reform" 40 proc. Francuzów gotowa byłaby powierzyć kierownictwo kraju "autorytarnej władzy politycznej".

Komentator RTL Olivier Mazerolle przyznał rację prezydentowi, wskazując, że "teza o powrocie lat 30. nie jest fałszywa". - W momencie, gdy Amerykanie i Rosjanie zdają się przygotowywać do wznowienia wyścigu zbrojeń jądrowych, wykorzystanie setnej rocznicy końca wielkiej wojny (I wojny światowej) może być użyteczne dla przypomnienia, że celebrowanie zwycięstwa w sposób nieunikniony prowadzi do wojny - zauważył.

Historyk Jean Garrigues zauważył w piątek na antenie RTL, że nawet jeśli w historii nic dwa razy się nie zdarza, "obecny kryzys demokracji zachodnich przypomina to, co zdarzyło się między dwoma wojnami".

Ekonomiczna gazeta "La Tribune" podkreśla w wydaniu internetowym, że "Macron, którego europejskie projekty zderzają się z przeszkodą, jaką jest siła populizmów, dramatyzuje, mówiąc, że uderza go podobieństwo (obecnych czasów) do sytuacji międzywojennej".

Dziennik przypomina, że "Macron już od kilku miesięcy mówi o walce, jaką jego zdaniem muszą prowadzić postępowcy przeciw nacjonalistom przy władzy na Węgrzech, we Włoszech czy w Polsce". "Fala populistyczna dosięgła też Niemiec, powodując osłabienie partii tradycyjnych. Emmanuel Macron, który i przedtem miał trudności z przekonaniem tamtejszej koalicji do wzmocnienia euro, musi teraz coś zrobić w związku z niestabilnością rządu w Niemczech" - zauważa gazeta.

Debatujący w audycji radia France Info zarzucali prezydentowi, że "ponoszą go nerwy" i nie ma racji, stygmatyzując przywódców Węgier i Polski.

Isabelle Davion, historyczka, specjalistka od Niemiec i Europy Środkowej, uznała na antenie France Info, że "wspólny dla obu epok jest kryzys gospodarczy, osłabiający ustroje parlamentarne. Kwestionowane są również wartości demokratyczne i liberalne, oskarżane o niemożność poprawienia sytuacji".

Zwróciła następnie uwagę na fundamentalne jej zdaniem różnice między latami 30. XX w. a czasami obecnymi; według niej "system międzynarodowy jest o wiele bardziej demokratyczny niż w latach 30.". Co ważniejsze, kraje dające władzę skrajnej prawicy, w przeciwieństwie do nazistowskich Niemiec i faszystowskich Włoch, nie mają żądań terytorialnych wobec innych państw - podkreśliła.

Przeciw określeniom "populizm" i "skrajna prawica" występuje na łamach "Le Figaro" Ivan Rioufol. Komentator konserwatywnego dziennika sugeruje, że "europeiści", jak nazywa entuzjastów UE, oskarżają przywódców Włoch, Polski i Węgier o "mowę nienawiści" dlatego, że "bronią oni interesów swych współobywateli". Ci oskarżyciele "oślepieni są ideologiczną nienawiścią" - czytamy. A "pierwszy do karykaturowania przywódców populistycznych jest Emmanuel Macron, utożsamiający ich z latami trzydziestymi" – pisze Rioufol, dla którego "populizmy" to "rewolta narodów przeciw utopiom".

Te "demokratyczne zrywy łączy odrzucanie szaleństwa ideologii" – pisze "Le Figaro" i potępia "tych, którzy stracili wiarę w przyszłość zachodniej cywilizacji i nie doceniają siły politycznej zbuntowanych narodów", a to one "bronią demokracji przeciw jej grabarzom".