Dziennik Gazeta Prawana logo

Putin wraca na front. Prezydent Rosji rozpoczął nową fazę wojen w Syrii i przeciw Ukrainie

Władmir Putin Fot. Free Wind 2014
Władmir Putin Fot. Free Wind 2014/Shutterstock
Najpierw atak rosyjskiego lotnictwa na pozycje rebeliantów i islamistów, którzy mieli użyć broni chemicznej przeciw cywilom w Aleppo i Idlibie. Chwilę później uderzenie na ukraińskie jednostki, które chciały wpłynąć na Morze Azowskie. Prezydent Rosji rozpoczął nową fazę wojen w Syrii i przeciw Ukrainie.

Atak chemiczny i odpowiedź na niego mogą się stać pretekstem do spacyfikowania Idlibu, ostatniego rejonu, którego nie kontroluje Baszar al-Asad. Z kolei ostrzał na Morzu Czarnym to próba wymuszenia na społeczności międzynarodowej i Ukrainie, by uznały, że Cieśnina Kerczeńska to de facto wewnętrzne wody Rosji. Oba konflikty i ich logika mogą mieć poważne konsekwencje dla Zachodu.

Otwarcie nowego frontu w Syrii oznacza ryzyko kolejnego kryzysu migracyjnego. Według ośrodka analitycznego Brookings Institution z rejonu Idlibu po rozpoczęciu walk w kierunku granicy z Turcją może ruszyć nawet 800 tys. osób (już dziś w tym kraju przebywa 3,5 mln Syryjczyków). Jak mówił w ubiegłym tygodniu w rozmowie z DGP przedstawiciel rządu tureckiego İnanç Söğüt, Ankara nie zamknie granicy dla uchodźców. Równocześnie nie jest jasne, jakie będzie jej stanowisko wobec ich dalszego marszu w kierunku granic UE.

W tym sensie działania rosyjskie w Syrii wyglądają nie tylko jak podyktowana względami humanitarnymi odpowiedź na atak z użyciem chloru (sami rebelianci przekonują, że wbrew temu, co twierdzi Kreml, nie mają ani pocisków artyleryjskich z chlorem, ani broni, która mogłaby razić Aleppo). Koincydencja wydarzeń w Syrii i na Morzu Azowskim równie dobrze może być elementem presji na Zachód i argumentem, który osłabi naciski na Moskwę w związku z próbą przejęcia kontroli nad akwenem wokół Krymu.

Status Morza Azowskiego reguluje umowa z 2003 r. Mimo to od końca marca jednostki FSB blokują ruch ukraińskich okrętów do portów w Mariupolu, Berdiańsku i Geniczesku. Mówił o tym DGP Izet Hdanow, zastępca przedstawiciela Petra Poroszenki ds. Krymu. Kreml od dawna próbuje przyzwyczajać świat do tego, że oprócz Krymu zaanektował również Morze Azowskie. Oddanie strzałów w Cieśninie Kerczeńskiej ma ten komunikat wzmocnić.

Gdzie są granice kreatywności Rosji?

Ukraina nie wygra wojny o Morze Azowskie z prostego powodu. W zasadzie nie ma floty. Po aneksji Krymu została jej jedna fregata, jedna korweta, 39 mniejszych jednostek i 10 samolotów, których kondycja nie jest znana. Rosjanie z kolei dysponują siłą rażenia równą łącznej sile trzech państw NATO basenu Morza Czarnego – Turcji, Rumunii i Bułgarii.

Jest trochę tak jak w anegdocie, którą przytaczaliśmy przy okazji zagarnięcia Krymu. Jej głównym bohaterem był ukraiński żołnierz pełniący wartę przy bramie jednej z baz, która jakimś cudem jeszcze nie wpadła w ręce zielonych ludzików. Zapytany przez zachodniego reportera o to, jak wygląda sytuacja na miejscu, odpowiedział: „Nie jest dobrze. Rosjanie nie zamierzają się poddać”.

Pamiętając o lekcji Krymu, warto bardziej realistycznie niż żołnierz z bramy odpowiedzieć sobie na pytanie, jak daleko Kreml jest w stanie przesunąć czerwone linie w wojnie z Ukrainą i normami cywilizowanego świata. Konkluzje nie są optymistyczne. Okazuje się, że angażując niewielkie siły – przypomnijmy, że przeciw Ukraińcom na Morzu Azowskim wysyłano w sumie niewielkie jednostki Federalnej Służby Bezpieczeństwa – można realnie zapanować nad akwenem o wielkości 37,6 tys. km kw.

Wykonując przez kilka miesięcy – bez większej reakcji Zachodu – niewielkie ruchy, Rosjanom udało się odciąć od morza niemal cały kontrolowany przez Ukraińców południowy Donbas. Jeśli tak, prawdopodobne jest powtórzenie podobnej operacji wokół Odessy i na odcinku wybrzeża Morza Czarnego. W końcu, kto da gwarancje, że w razie pogorszenia się sytuacji wewnętrznej na Ukrainie kolejnym krokiem nie będzie próba oderwania graniczących z Unią Europejską kilku węgierskojęzycznych powiatów Zakarpacia? Już dziś Budapeszt prowadzi tam paszportyzację lokalnych elit. Podobną do tej, którą Rosjanie prowadzili na Krymie przed 2014 r.

W tym wszystkim najbardziej pesymistyczna nie jest wcale słabość Kijowa. Bardziej boli niemoc Zachodu. Okazuje się, że Ukrainę można po kawałku pozbawiać suwerenności, a w ważnych stolicach nie są publikowane nawet oficjalne oświadczenia. W poniedziałek na stronie MSZ Niemiec można było przeczytać o wszystkim, tylko nie o tym, co Rosjanie robią na Morzu Azowskim.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Powiązane
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj