Trup dziecka leży owinięty w szpitalne prześcieradło. Ma 21 tygodni, wiek, w którym praktycznie żadne z europejskich państw oficjalnie nie zezwala na aborcję. Lekarka nie chce patrzeć - zwłoki są wielkości półtorej dłoni.

Reklama

"Nigdy ich nie oglądam. Nie chcę" - mówi. Jest młoda, ładna, ma meksykański akcent i widać, że zna się na swojej robocie. Przez cały film zrobiony ukrytą kamerą ani razu się nie uśmiecha, tego wieczora obsłuży jeszcze kilka innych pacjentek. "Jest 15-latka z Boliwii i jakaś młoda Rumunka, którą przyprowadził ojciec" - opowiada.

Nie zastanawia się nad tym, co robi. Jej madrycka klinika przeprowadza dziennie kilkadziesiąt aborcji, legalnych, nielegalnych - jak leci. Na miejscu klinika zatrudnia psychiatrę. Jego rola polega na wystawianiu specjalnych zaświadczeń: ciąża może zaszkodzić zdrowiu psychicznemu pacjentki. "To akcjonariusz kliniki. Podpisuje wszystko, cała sprawa zostaje w rodzinie" - mówi.

Właściciel szpitala na gwałt potrzebuje współpracowników. Popyt na aborcję rośnie, za dzień pracy płaci ginekologowi po 200 euro. "Wcześniej nawet nie mieliśmy lekarza. Wszystkim zajmowały się pielęgniarki. Miały tylko czekać, aż płód wyleci, i łapać go za d... Jak nie wychodziło łożysko, to wtedy mnie wołały" - mówi.

Kilkunastominutowy film zrobiony ukrytą kamerą wyemitowała pod koniec ubiegłego roku telewizja Intereconomia. Przeciwnicy aborcji twierdzą, że sfilmowana klinika to szpital El Bosque w Madrycie, jedna z kilkudziesięciu instytucji mających państwową licencję na przerywanie ciąży.

W 2007 r. w Hiszpanii dokonano 101 592 aborcji - blisko 300 dziennie, jedną na 6 minut, znacznie więcej niż w Polsce w ostatnim roku, gdy przerywanie ciąży było legalne, i tyle co w 1988 r. - przedostatnim roku PRL.

A to tylko wierzchołek góry lodowej - pod nią kwitnie znakomicie prosperujący przemysł aborcyjny - ciążę usunąć można nawet w jej ostatnich tygodniach. Niektóre hiszpańskie miasta, jak Barcelona, stały się miejscem prawdziwej turystyki aborcyjnej.

"Dziennie wykonujemy 20 - 25 zabiegów, cena jednego to 350 euro" - mówi rzeczniczka jednej z barcelońskich klinik. Jej szpital podobnie jak inne przystąpił do ubiegłotygodniowego strajku. Aborcjoniści uważają, że państwo nęka ich stałymi kontrolami i nachodzi kliniki. Chcą być bezkarni. Przyzwyczaili się do bezkarności.

Dr Aborto za kratkami

Sprawa aborcji w ogóle by nie wybuchła, gdyby nie program wyemitowany pod koniec 2006 r. przez duńską telewizję. Dziennikarka Sally Hamilton dowiedziała się, że w Barcelonie jest klinika, gdzie można usunąć ciążę choćby na parę tygodni przed datą porodu.

Żadne z europejskich państw nie zezwala na tak późne usunięcie ciąży, w niektórych jej sprawca mógłby odpowiadać za morderstwo. Hamilton sama była w siódmym miesiącu - właściciele dali się nabrać, że mają do czynienia z klientką.

Film jest prosty. Dziennikarka dzwoni do kliniki Emece w Barcelonie. Żadnej ostrożności. Już przez telefon uzyskuje zapewnienie, że "wszystko da się zrobić". "Oczywiście, że pomożemy, ale musisz tutaj przyjechać" - mówi głos w słuchawce.

Przyjmuje ją sam twórca kliniki Carlos Morin, Peruwiańczyk znany jako „Dr Aborto”, nazywany też "królem aborcji". Doskonale wie, że dziecko jest duże, a wskazań do przerwania ciąży nie ma. "Nie jesteśmy już parą z ojcem dziecka i po prostu go nie chcę" - mówi Hamilton. Zostaje wysłana do kasy, ma zapłacić 4 tysiące euro. "Mam klientów z Francji, Wielkiej Brytanii, Holandii, Niemiec i nawet Australii" - chwali się właściciel.

Nawet w liberalnej Danii, gdzie aborcja jest do 12. tygodnia całkowicie dopuszczalna, program wywoła oburzenie, a gdy wiadomość o filmie wróci do Hiszpanii, da wiatr w żagle miejscowym przeciwnikom aborcji.

Wcześniej bezskutecznie zabiegali, by Morin znalazł się za kratkami. Przestępca nie działał w podziemiu. "Dr Aborto" był powszechnie znany, miał całą sieć współpracowników w Europie. Legalne centra aborcyjne w paru krajach za udział w zyskach odsyłały mu pacjentki w 7. czy 8. miesiącu - oferując "travel packages", czyli aborcję + zwiedzanie Barcelony.

Reklama

Z relacji dawnych ludzi Morina wynika, że większość klientek to zdesperowane kobiety z nizin społecznych - nieletnie albo imigrantki, które miesiącami starały się ukrywać ciążę, a gdy prawda wyszła na jaw, były już o kilkanaście tygodni od porodu.

"Sława" Peruwiańczyka roznosiła się na cały aborcyjny światek. Tych najbrudniejszych aborcji dokonywano po nocach, przy jedynie części personelu - tak by nikt nie widział.

Cristina Rieder de Miguel, feministka, jedna z dawnych współpracowniczek Peruwiańczyka, odeszła z jego proaborcyjnej fundacji w 2003 r. po kilku miesiącach pracy. "Walczyliśmy o prawa kobiet, ale nie o coś takiego" - mówi.

Twierdzi, że zniszczone płody łamano i palono, nawet bez stwierdzenia zgonu. "Chcę wierzyć, że wszystkie były już martwe" - twierdzi dawna pracownica kliniki. Zrezygnowana i obrzydzona aborcją postanowiła zawiadomić władzę. Nikt jej nie chciał słuchać. "Powiedzieli mi, że muszę udowodnić swoje słowa, jakby udowadnianie przestępstw nie należało do nich" - relacjonuje.

Morina aresztowano dopiero w listopadzie ubiegłego roku. Przez rok po wyemitowaniu filmu, na którym widać jego twarz, nawet się nie ukrywał, nie próbował też wyjechać z Hiszpanii. Robił dokładnie to samo co wcześniej. Teraz w środowiskach aborcyjnych uchodzi za ofiarę systemu, a lewicowe gazety starannie uważają, żeby "nie przesądzać" o jego winie. Sally Hamilton przekonuje, że od czasu swojego filmu nie zmieniła zdania. "Ludzie pokroju Morina to zwykłe kanalie, które żerują na nieszczęściu młodych dziewczyn" - mówi.

Gdy tylko pokazano duński film, w sieci pojawiło się świadectwo 40-letniej Hiszpanki. Przedstawiała się jako "Maria". Twierdziła, że w klinice Morina usunęła 6-miesięczną ciążę. Zrobiła to wkrótce po wynikach ostatniego USG.

Była pewna, że nosi chłopca. Chciała mieć córeczkę. "Carlos Morin powiedział mi, że mam zapłacić i że zrobią wszystko, co chcę" - opowiadała. Po zabiegu czuła się podle. "Dlaczego nikt mi nie powiedział, że jestem głupia? Przecież mój synek był zdrowy" - mówi.

Nagle po filmie Hamilton okazało się też, że usunięcie późnej ciąży to dla wielu hiszpańskich klinik rutynowy zabieg i że czują się niewiarygodnie bezkarne. Jedna z rozgłośni radiowych zrobiła to samo co Duńczycy - jej dziennikarka przez telefon umówiła się na usunięcie 25-tygodniowego płodu.

W kilku regionach władze rzuciły przeciwko klinikom aborcyjnym dodatkowe kontrole, kilka z nich zamknięto, zaś Morin i 13 innych osób stali się pierwszymi głośnymi podejrzanymi o nielegalne usuwanie ciąży. Madrycka klinika El Bosque działa jednak nadal - jak zwykle walka ograniczyła się do wierzchołka góry.

Porażka społeczeństwa

Reszta ma się dobrze. Krwawy przemysł zrobił furorę w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Według danych w 1987 r. w Hiszpanii usunięto 22 tysiące ciąż, w 1998 r. było już 50 tysięcy, od tego czasu liczba wzrosła dwukrotnie i nadal rośnie.

Przy okazji do iberyjskiego kraju ściąga turystyka aborcyjna. Klinika w Badajoz w Estremadurze wyspecjalizowała się w klientkach z Portugalii, gdzie dopiero niedawno aborcja stała się legalna, kliniki w Barcelonie m.in. dzięki Morinowi zyskały opinię świadczących wszelkie usługi, w Madrycie i innych miastach oferowały swoje usługi nie tylko Hiszpankom, ale również kobietom z 5-milionowej rzeszy imigrantów.

"Dane są i tak zaniżone. Nikt nie wlicza do tego zabiegów wykonywanych na czarno" - twierdzi antyaborcyjny działacz i lekarz Jose Maria Simon Castellvi. Przyznaje, że nie zna żadnej recepty. Środowiska antyaborcyjne są stosunkowo słabe, Kościół utracił wpływ na społeczeństwo, a prawicowa opozycja mimo silnej frakcji konserwatywnej wciąż stara się zachować swój liberalny image. Starannie milczy, widząc, jak rozwija się protest aborcjonistów.

Boi się jakichkolwiek zobowiązań, a już na pewno nie zamierza zobowiązywać się do przywrócenia zakazu przerywania ciąży. Kompromis aborcyjny, równie kulawy jak w Polsce, jest już zawarty - tylko że parę szczebli niżej. Parę dni temu lider prawicy Mariano Rajoy zapewniał, że jego Partia Ludowa nie zamierza w obecnym ustawodawstwie nic zmieniać.

"Ponieśliśmy klęskę jako społeczeństwo. Nie zdołaliśmy stworzyć kobietom warunków, w których mogłyby normalnie rodzić i wychowywać dzieci, a sprawy ciąży sprowadziliśmy do dzikich kampanii na rzecz środków antykoncepcyjnych. Jak widać nieprzynoszących żadnych efektów" - twierdzi Castellvi.

Paradoksalny strajk klinik aborcyjnych wielu osobom uświadomił, że to proaborcyjna strona czuje wiatr w żagle. Zdaje sobie sprawę, że żadna z większych partii politycznych nie zamierza wikłać się w walkę z aborcją, zaś co najmniej kilka z nich ma w programie całkowitą legalizację "zabiegów".

Barbara Ramajo z feministycznej organizacji Ca la Dona - jak większość lewicy - całkowicie popiera protest i domaga się, by państwo przestało nękać kliniki kontrolami. "Kliniki padają ofiarą szykan ze strony patriarchalnego społeczeństwa" - twierdzi.

Zapytana o materiały śledcze i trupy 5-miesięcznych płodów wzrusza ramionami. "A byłeś przy porodzie swojej żony? Mało estetyczne prawda? Aborcja też jest mało estetyczna, ale to prawo każdej kobiety" - mówi.

Dziennik "El Pais", poczytny i sprzyjający socjalistom, z troską pochylił się nad "nieszczęściami" klinik aborcyjnych, które padają ofiarami złych władz. Obok zamieścił zdjęcie z podpisem: "O prawo do aborcji hiszpańskie kobiety walczyły od lat 80.".

p

Korzystałem ze świadectw kobiet zebranych przez Asociacion de Victimas del Aborto (AVA)