Dziennik Gazeta Prawana logo

"Wojna w Polsce już trwa". Generał Polko: Rosja nie musi wjeżdżać czołgami — niszczy nas od środka [ROZMOWA]

24 października 2025, 11:52
[aktualizacja 29 grudnia 2025, 08:36]
Ten tekst przeczytasz w 9 minut
"Wojna w Polsce już trwa". Generał Polko: Rosja nie musi wjeżdżać czołgami — niszczy nas od środka
"Wojna w Polsce już trwa". Generał Polko: Rosja nie musi wjeżdżać czołgami — niszczy nas od środka [ROZMOWA]/Inne
Rosyjskie drony, dezinformacja i sabotaż - to nie scenariusz z przyszłości, to codzienność. Generał Roman Polko w rozmowie z Dziennik.pl nie owija w bawełnę: wojna hybrydowa już się toczy na naszym terytorium. Rosja nie musi wysyłać czołgów, by siać chaos - robi to skutecznie, od środka.

Rozmawiamy z generałem o tym, czy Polska jest gotowa na konflikt zbrojny, dlaczego morale to dziś broń strategiczna, a także czego możemy uczyć się od Ukraińców. Mówimy też o plecakach ewakuacyjnych, propagandzie, odpowiedzialności mediów i błędach Zachodu.

Aneta Malinowska, Dziennik.pl: Coraz częstsze incydenty z udziałem rosyjskich samolotów czy dronów – ostatnio nad Litwą – budzą niepokój. Jak powinna reagować Polska i Zachód na takie prowokacje?

Generał Roman Polko, były dowódca GROM: Przede wszystkim trzeba zacząć mocno odpowiadać. Gdy słyszę Marka Rutte — który dawniej jako premier tłumaczył postępowanie holenderskich żołnierzy w Srebrenicy brakiem środków, a dziś sugeruje, że drony "pewnie wleciały przez pomyłkę", to coś mi nie gra.

Praktyczne rozwiązania pokazują nam Ukraińcy: to oni uczą, jak skutecznie zwalczać drony.

Szczerze mówiąc, to właśnie poprzez wsparcie Ukrainy moglibyśmy załatwić problem u źródła.

Co konkretnie ma Pan na myśli, mówiąc o wsparciu Ukrainy?

Gdyby dysponowali pociskami dalekiego zasięgu, takimi jak Tomahawki, które są trudniejsze do wykrycia, bardziej manewrowne i znacznie skuteczniejsze w tego typu zadaniach, mogliby np. niszczyć fabryki produkujące drony — a to oznaczałoby realne osłabienie rosyjskich możliwości. Dziś zniszczenie takich zakładów leży poza zasięgiem ukraińskiego uzbrojenia.

Czyli zamiast reagować na pojedyncze incydenty, powinniśmy działać u źródła zagrożenia?

Dokładnie tak. Podobnie jest w cyberprzestrzeni. Codziennie odnotowujemy dziesiątki ataków — sama obrona już nie wystarcza.

W cyberprzestrzeni też potrzebna jest "ofensywa"?

Jeśli identyfikujemy serwery, z których pochodzą ataki, a nic z tym nie robimy dlatego, że ograniczamy się wyłącznie do reakcji — to znak, że coś nie działa. Potrzebna jest także ofensywa.

To samo dotyczy wojny informacyjnej. Działamy głównie reaktywnie: tłumaczymy, odsyłamy ludzi do sprawdzonych źródeł, zamiast prowadzić aktywną, przemyślaną ofensywę narracyjną. Najlepszą obroną bywa atak — nikt jeszcze nie wygrał wojny wyłącznie broniąc się.

Jak taka "ofensywa" mogłaby wyglądać w praktyce?

Siły agresora trzeba zmusić do zajęcia się własnymi problemami. Słabość rosyjskiej obrony terytorialnej ujawnił np. bunt Grupy Wagnera: państwo, które agresywnie atakuje Ukrainie, miało ogromne trudności w obronie własnego terytorium przed garstką najemników. To powinno być ostrzeżeniem — defensywa bez odwetu i działań ofensywnych nie przyniesie trwałego bezpieczeństwa.

Coraz częściej słychać głosy, że w perspektywie 2–5 lat może dojść do wojny. Na ile Polska jest dziś realnie bezpieczna? Czy jesteśmy wystarczająco przygotowani na taki scenariusz?

Przede wszystkim kluczowa jest budowa morale. Z perspektywy wojny psychologicznej przegrywamy: sondaże pokazujące, że część społeczeństwa postrzega Ukrainę jako zagrożenie — np. interpretuje wrześniowe loty dronów nad Polską jako rzekomą prowokację Ukrainy mającą nas wciągnąć w konflikt z Rosją — to symptom poważnego problemu. Równie niepokojący jest obraz bezpieczeństwa sprowadzony do "plecaka ewakuacyjnego" jako symbolu naszej gotowości. To sygnał, że trzeba wzmocnić ducha wspólnoty i motywację do obrony.

Czyli dziś nie brakuje nam sprzętu, tylko "ducha walki"?

Dokładnie tak. Historia daje nam dobre przykłady: bitwy, które wygrywaliśmy mimo przewagi przeciwnika, zawdzięczały zwycięstwo właśnie wysokiemu morale. Na przykład bitwa pod Kuszynem, podobnie jak np. bitwa pod Chocimiem, pokazują, że determinacja i wiara w słuszność sprawy potrafią przeważyć nawet przy pięciokrotnej przewadze wroga. Jak mówił Napoleon, morale ma się do siły fizycznej jak trzy do jednego — to nie tylko sentencja, to polityczny i militarny fakt.

Ale czy samo morale wystarczy wobec potęgi militarnej Rosji?

Premier Tusk słusznie zauważył, że mamy przewagę, jeśli chodzi o zasoby ludzkie. Rosja to nie Chiny ani Indie — nie dysponuje ogromną populacją. My natomiast mamy ponad trzykrotną przewagę w tzw. "sile żywej", mówiąc kolokwialnie. Dysponujemy też znaczną przewagą gospodarczą: podczas gdy Rosja opiera się niemal wyłącznie na ropie, my mamy nowoczesny park technologiczny, silny potencjał przemysłowy i stabilną gospodarkę, opartą na wielu filarach, nie tylko na surowcach.

A nasze sojusze – Unia Europejska i NATO – rzeczywiście są gwarancją bezpieczeństwa?

Zdecydowanie. To, że jesteśmy państwem stowarzyszonym w Unii Europejskiej, jest źródłem naszej mocy. To członkostwo tworzy realny potencjał odstraszający i strategiczne wsparcie, które trzeba umiejętnie komunikować i wykorzystywać.

Mówi Pan o motywacji obywateli do walki — czy na budowanie morale nie jest już za późno?

Nigdy nie jest za późno. Najważniejsze — umiejętnie wykorzystać media i dziennikarzy. Jestem zszokowany, że niektórzy robią biznes na strachu: książki i wypowiedzi wieszczące, że armia jest w rozsypce, generałowie są niekompetentni, że gdyby Rosja zaatakowała Polskę, przegralibyśmy w dwa–trzy dni, że Rosji nie da się pokonać i trzeba się z nią "dogadać". To działania oparte na psychologii strachu — ludzie na tym zarabiają, zamiast patrzeć na rzeczywistość w sposób zrównoważony. Zadbajmy o morale społeczne.

Co w takim razie może realnie budować morale? Co działa lepiej niż straszenie?

Dobrym przykładem jest prosty, żartobliwy przekaz, który buduje dumę i morale. Pamiętam, jak w czasie misji GROM-u w Iraku pojawił się plakat utrzymany w lekkim, żołnierskim tonie — z porównaniem do najlepszych jednostek świata, takich jak SAS czy Navy SEALs. To właśnie takie symbole, podane z dystansem i humorem, sprawiają, że żołnierze i obywatele czują dumę z własnych sił. I to naprawdę działa.

Zresztą nie trzeba daleko szukać, po drugiej stronie też widzimy proste emocjonalne komunikaty — plakaty, retorykę gloryfikującą siłę czy pokazującą apokaliptyczne obrazy, jak wybuch bomby jądrowej z podpisem sugerującym: "my nie Gazprom, ale też dostarczamy światło i ciepło". Racjonalne argumenty bywają słabe wobec takich emocjonalnych przekazów; dużo rozgrywa się na poziomie emocji.

A czy Polska ma dziś narzędzia, by prowadzić własną wojnę psychologiczną?

Tę warstwę emocjonalną trzeba mądrze wykorzystać. Nie jestem ekspertem od wojny psychologicznej, ale wiemy, że Rosja prowadzi taką kampanię — podobnie działo to w ZSRR, które szerzyło pacyfizm, podczas gdy samo się zbroiło. Ronald Reagan stanął wtedy przeciwko temu; dziś również potrzebujemy zdecydowanego przywództwa i silnego morale — takiego "powera", który przywróci nam pewność siebie, a nie że mając wszystkie atuty w ręku zachowujemy się jak Trump który w obliczu wojny buduje salę balową. Potrzebujemy jasnej narracji, która umocni społeczeństwo i pokaże, że potrafimy się bronić i działać.

Czy sądzi Pan, że nastąpi eskalacja na ziemiach polskich?

To już się dzieje — i eskaluje. Znajdujemy się w stanie wojny hybrydowej, i najwyższy czas, aby politycy nazwali to wprost i ujęli w oficjalnych dokumentach. Kiedy słyszę ministra Kosiniaka-Kamysza mówiącego, że nie prowadzimy obrony antydronowej, bo "jesteśmy w stanie pokoju", to coś tu się nie zgadza.

Jeśli mamy akty dywersji na terytorium Polski, jeśli zakłócany jest sygnał GPS, jeśli w naszą przestrzeń wysyłane są drony i rakiety, jeśli funkcjonuje sztucznie stworzony kanał migracyjny, a Rosja cynicznie wykorzystuje nawet obywateli Ukrainy, by dzielić nasze narody — to znaczy, że wojna już trwa. Nie musimy się przygotowywać na inną, "tradycyjną" wojnę, bo ta właśnie — informacyjna, psychologiczna, sabotażowa — jest wojną, jaką Rosja chce prowadzić.

Co to oznacza w praktyce dla przeciętnego obywatela?

Rosja nie musi wprowadzać do Polski dywizji pancernych. Jej celem jest obniżenie wiarygodności naszego kraju na arenie międzynarodowej, podsycanie ksenofobii, pogłębianie podziałów politycznych i społecznych. Im zależy, by do władzy dochodziły ugrupowania bardziej przychylne Moskwie.

W tym celu wykorzystywani są również ludzie działający jak dywersanci — tacy, którzy za przysłowiowe srebrniki wykonają zadania szkodliwe dla kraju. I właśnie na to musimy być przygotowani: nie na kolumny czołgów, lecz na wojnę informacyjną, na próby manipulacji i rozbijania naszego społeczeństwa od środka.

Musimy wzmocnić odporność informacyjną i nauczyć się rozpoznawać oraz nie wspierać rosyjskich trolli. Bo to właśnie na tym froncie dziś toczy się najpoważniejsza walka.

W przestrzeni publicznej pojawiają się porady, by każdy Polak miał przygotowany tzw. plecak ewakuacyjny. Czy to rozsądna przezorność, czy raczej niepotrzebne sianie paniki?

A może zamiast "plecaka ewakuacyjnego" — walizka wakacyjna?! A tak poważnie, nie ma uniwersalnego poradnika ani jednego plecaka, który pasowałby do każdej sytuacji. To raczej wskazówka, by w trudnych momentach umieć szybko ocenić, w którym kierunku zmierzamy.

Czyli nie chodzi o sam plecak, ale o sposób myślenia i planowania kryzysowego?

Dokładnie tak. Posiadanie plecaka czy walizki to jedno, ale nie zastąpi to tego, co powinniśmy dziś robić: wymuszać na władzach lokalnych i centralnych przygotowanie struktur, które uodpornią społeczeństwo na kryzysy — także technologiczne.

Z doświadczeń Ukrainy wynika jasno, czego ludzie potrzebują w kryzysie: wody, prądu i dostępu do internetu. Te elementy trzeba zapewnić systemowo — nie w formie "każdy sobie", lecz przez plany i punkty wsparcia: miejsca, gdzie znajdą się woda, zasilanie, łączność, śpiwory i bezpieczne schronienia. To ma być gotowy, zorganizowany system, a nie wyłącznie indywidualne zapasy.

Jednocześnie każdy z nas może zadbać o prostą gotowość domową: plecak awaryjny, latarka, śpiwór — to podstawy. Warto też przeprowadzić z rodziną prostą "grę myślową": co robimy, gdy nagle trzeba opuścić dom? Co zabieramy, aby nie wpaść w panikę — kluczowe dokumenty (także zdigitalizowane kopie), rzeczy wartościowe i pamiątki. Osoby, które wcześniej nie przemyślały takiego scenariusza, w kryzysie często pakują rzeczy chaotycznie. Miejmy nadzieję, że nic takiego się nie stanie, ale lepiej być przygotowanym niż zaskoczonym.

Rozmawiała: Aneta Malinowska

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
xy
Aneta Malinowska

Dziennikarka. Absolwentka studiów magisterskich na Uniwersytecie Łódzkim oraz podyplomowych na Uczelni Łazarskiego w Warszawie (Łazarski Executive Education). Pracowała m.in. w Polskim Radiu, Superstacji, Wirtualnej Polsce oraz w portalach Tokfm.pl i Gazeta.pl, a także w kilku mniejszych redakcjach radiowych i internetowych. W Dziennik.pl zajmuje się przede wszystkim tematami społeczno-politycznymi.

Zobacz wszystkie artykuły tego autoraBurze paraliżują Polskę. Ponad 820 interwencji strażaków. Alerty IMGW i RCB dla milionów Polaków »
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj