A ci dorobili się już nawet swojego własnego miana. Rejestrujących adresy internetowe różniące się nieznacznie od tych oryginalnych nazywa się w sieci porywaczami domen lub typosquattersami. Wystarczy im mały błąd, by przejąć domenę i wykorzystać ją do zarabiania pieniędzy dla siebie. Kilka dni temu ofiarą takiego porwania padło Radio Maryja. W sieci pojawiła się strona www.radio-maryja.com.pl. Adres bardzo podobny do oficjalnej strony www.radiomaryja.pl. A na niej niemalże wszystko tak samo jak na oficjalnej stronie radia: informacje o ramówce czy wydarzeniach religijnych. I tylko jedna drobna różnica - numer rachunku bankowego, na który słuchacze mogli wysyłać darowizny. Strona została zablokowana po kilkunastu dniach. Nie zawsze reakcja jest tak szybka, setki tysięcy typosquattersów na porwanych adresach wciąż zarabiają krocie.

Reklama

Kropka robi różnicę

Skoro codziennie półtora miliarda internautów wpisuje setki miliardów adresów internetowych, to przynajmniej raz na jakiś czas ktoś musi się pomylić. Co się wtedy dzieje? Zwykle nic. Ale coraz częściej kończy się to wylądowaniem w niespodziewanym zakątku sieci. Gdzieś na antypodach stron o fantazjach erotycznych, na witrynie sklepu czy firmy z drugiego końca świata lub po prostu w miejscu wypełnionym reklamami. I tak, gdy za bardzo się rozpędzimy i zamiast adresu Dziennik.pl wpiszemy Dzienik.pl czy Dziennnik.pl, trafimy na stronę pełną drobnych ogłoszeń. Za to już po wpisaniu Ziennik.pl przekierowani zostaniemy do pewnej firmy zajmującej się bezpieczeństwem przeciwpożarowym.

Takie drobne pomyłki zainteresowały badaczy z McAfee, firmy zajmującej się bezpieczeństwem sieciowym. Sprawdziła ona, ile możliwych wariacji adresów istnieje w przypadku 2771 najpopularniejszych domen. Okazało się, że aż 2 miliony. Co to znaczy? Otóż w wypadku popełnienia literówki w którymś z tych blisko 3 tys. adresów mamy niemal stuprocentową pewność trafienia na podstawioną stronę.

Kiedy 15 marca 1985 r. założono pierwszy adres internetowy Symbolics.com, nikt nie spodziewał się, że ćwierć wieku później nie tylko same domeny, ale też błędy ortograficzne popełnione przy wpisywaniu ich adresów będą tak dochodowym biznesem. Większość porywaczy korzysta z najłatwiejszego sposobu i rejestruje się w sieci reklamowej Google. Mechanizm wyszukiwarki automatycznie dodaje do prezentowanej na stronie listy wyników boksy reklamowe. Internauci nieświadomie wchodzą na porwane witryny, a pieniądze spływają na konto właściciela fałszywej domeny. Swoją prowizję od reklamodawcy otrzymuje także Google, w ubiegłym roku zarobił na tym prawie 500 milionów dolarów.

Czytaj dalej >>>



- Może i prawo nie jest łamane, ale z pewnością jest to działanie na pograniczu etyki - uważa Ireneusz Matusiak, prezes polubownego sądu domen działającego przy Polskiej Izbie Informatyki i Telekomunikacji. - Przecież dla wielu firm czy instytucji takie porwane im domeny to skaza na dobrym wizerunku. Proszę sobie wyobrazić, że zamiast na stronie urzędu lądujemy na witrynie pełnej ogłoszeń erotycznych - dodaje Matusiak.

I dlatego typosquattersi, do niedawna traktowani jako niegroźni drobni biznesmeni, znaleźli się ostatnio pod ostrzałem. Microsoft śledzi i zwalcza wszelkie przypadki domen choćby odrobinę podobnych do oryginału. W procesach z porywaczami firma z Redmond wygrała już dwa miliony dolarów.

Jednak największym pogromcą porywaczy domen jest pewien naukowiec z Harvardu. Profesor Benjamin Edelman typosquattersów wziął na celownik kilka lat temu. Od tamtej pory udowodnił, że to, co było dotąd traktowane jako sprytny sposób na niewielki zarobek, jest tak naprawdę wielkim globalnym biznesem. Kilka miesięcy temu Edelman wyliczył, że dla 2 tys. najpopularniejszych adresów internetowych w USA istnieje aż 80 tys. żerujących na nich domen. Najwięcej podobnych do oryginału, bo aż 742, zarejestrowano dla domeny Freecreditreport.com. Następne w kolejce były: Cartoonnetwork.com (327 podróbki), YouTube.com (320) i Craigslist.org (318). Najnowsze badania Edelmana są jeszcze bardziej zaskakujące. Okazuje się, że codziennie ofiarami typosquattingu pada 68 milionów ludzi.

Reklama

Królowie domen

Skoro w grę wchodzą tak ogromne pieniądze, nic dziwnego, że zaostrza się spór o legalność tego zjawiska. I dlatego właśnie Edelman wraz z prawnikami reprezentującymi właścicieli domen internetowych złożył przeciwko Google’owi zbiorowy pozew, oskarżając koncern o pomoc w nielegalnym typosquattingu i naruszanie zarejestrowanych znaków handlowych. - Może internet wciąż jest Dzikim Zachodem, ale nie oznacza to, że nie mamy się bronić przed nieetycznymi zagrywkami - tłumaczy naukowiec. Google zasłania się tym, że nie ma możliwości sprawdzenia, do kogo należy dana domena i czy korzysta z typosquattingu.

Tak samo ze swojego pomysłu na biznes tłumaczy się Amerykanin Kevin Ham, który pod koniec lat 90. zarejestrował kilkadziesiąt domen w Kamerunie. Czemu w tym egzotycznym państwie? Bo skrót Kamerunu to .cm, czyli prawie jak .com. A w tym wypadku "prawie" robi ogromne pieniądze. Domeny takie jak Yahoo.cm, dały Hamowi domenowe imperium warte 300 milionów dolarów, a z niego uczyniły - jak piszą amerykańscy dziennikarze - "człowieka, który posiadł internet".

Czytaj dalej >>>



Ale typosquatting pojawia się nie tylko na rynku amerykańskim. Równie dobrze ma się w Polsce. W ślady Hama poszedł pewien sprzedawca opon spod Łodzi. Zapomnisz wpisać kropki po WWW w adresie Google.pl? Witamy na Opony.net, właśnie u Zajkiewicza nazywanego "królem domen". Ten 50-latek w ciągu kilku lat kupił, sprzedał i czasem także porzucił blisko 10 tys. adresów, a zarobił na tym co najmniej kilkaset tysięcy złotych. Zajkiewicz oprócz wymyślania i rejestrowania oryginalnych nazw domen skupuje też literówki, a większość z nich przekierowuje na stronę swojego sklepu.

Ś jak Świstak.pl

Przykłady Hama i Zajkiewicza tak zainspirowały e-biznesmenów, że polska sieć zapełniła się porwanymi adresami. A sąd domen jest wręcz zasypywany przeróżnymi sprawami związanymi z typosquattingiem. - Procesów o porwania było już co najmniej kilkanaście, a o wadze problemu świadczy, że coraz częściej kończą się one sporymi karami dla porywaczy - mówi Matusiak. - Adres internetowy staje się dla firm równie ważny jak adres realny i ostro o prawa do niego walczą - dodaje. Tak ostro, że jak się nieoficjalnie mówi, najwyższe kary dla porywaczy sięgały już nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych.

A procesów może być jeszcze więcej, bo niedawno przybyły nowe możliwości spekulowania na adresach WWW. Do września 2009 roku można było przy rejestracji domen używać tylko alfabetu łacińskiego. Teraz do użytku dopuszczono także polskie znaki i od razu pojawiły się konflikty. Najgłośniejszą sprawą jest spór między Rafałem Agnieszczakiem, do którego należy popularny serwis aukcyjny Świstak (funkcjonujący przez lata pod adresem Swistak.pl), a niejakim Maciejem B., który zarejestrował witrynę Świstak.pl. Sąd uznał, że było to działanie na niekorzyść Świstaka, i nakazał oddanie porwanej domeny.

Procesu nie wygrał natomiast producent farb Śnieżka. Choć wydawało się, że ktoś celowo wykorzystuje podobną do firmowej domenę Śnieżka.pl, sędziowie orzekli, że rejestrujący witrynę nie działali w złej woli - pod tym adresem zainstalował się portal o górach. - To dopiero początek procesów o literówki. Najciekawsze dopiero przed nami, bo właśnie zagrożenia związane z porwaniami zauważyły instytucje państwowe. Tu się dopiero będzie działo - uważa Matusiak.

I rzeczywiście, choćby pod adresem Mon.pl (zamiast oryginalnego Mon.gov.pl) możemy przeczytać: "Mon.pl jest Państwa pierwszym i najlepszym źródłem informacji dotyczącym Czerwona zaraza w Armii Polskiej. Znajdziecie Państwo tutaj również inne interesujące linki. Mamy nadzieję, że Państwa poszukiwania zakończą się sukcesem!". Nie najlepsza to wizytówka dla Ministerstwa Obrony Narodowej.