WOJCIECH ŁASKARZEWSKI: Doprowadził pan do spokojnego opuszczenia klasztoru przez byłe zakonnice. Czy to było trudne zadanie?
NEGOCJATOR: Bardzo. W swojej długoletniej karierze po raz pierwszy miałem z taką sytuacją do czynienia. Przygotowania trwały kilka tygodni. Ani koledzy w Polsce, ani w Europie nie zajmowali się podobnym problemem. Tak naprawdę do końca nikt z nas nie wiedział, jaki będzie scenariusz wydarzeń. Właściwie musieliśmy się liczyć z każdym możliwym rozwojem wypadków, także z tym, że te kobiety mogą być do tego stopnia zdeterminowane, że będą próbowały targnąć się na własne życie.
Jakie było paskie pierwsze wrażenie, kiedy wszedł pan do klasztoru?
Po otwarciu drzwi dostaliśmy się na piętro. Od razu skierowaliśmy się do sali, z której dobiegał śpiew. Kobiety zachowywały się jak w amoku. Mimo że pojawiłem się w obstawie umundurowanych policjantów, na początku jakby w ogóle nikogo nie zauważyły. Nie potrafiły odpowiedzieć na żadne pytanie. Wyczuwało się wielkie napięcie. Próbowałem zacząć rozmowę, ale spotkałem się ze ścianą.
W jaki sposób nawiązał pan dialog?
Na początku kobiety czuły siłę wspólnoty. Kiedy próbowałem nawiązać rozmowę indywidualnie z każdą z nich, grupa wpadła w histerię. Zachowywała się coraz bardziej agresywnie. Atmosferę podsycał przebywający z kobietami były zakonnik. To z jego ust padao najwięcej wulgaryzmów. Epitety typu, że jestemy diabłami, były najłagodniejszymi określeniami. To, niestety, typowe w naszej pracy. Nie wolno się tym zrażać. W takiej sytuacji jest to nawet pomocne, bo służy wyładowaniu negatywnych emocji. I rzeczywiście w pewnej chwili nastąpił ten etap. Poczułem, że sytuacja raczej już nie wymknie się spod kontroli. Z niektórymi siostrami udało mi się nawiązać kontakt. Zauważyłem, że kobiety były pod wielkim wpływem tego mężczyzny. Z kolei jego zachowanie było, jak myślę, podyktowane strachem. Widział jak z minuty na minutę traci dominację nad grupą. Jego wyprowadzenie z sali było kulminacyjnym punktem negocjacji.
Co stało się potem?
Kiedy zakonnik opuścił klasztor, na twarzy niektórych kobiet zauważyłem ogromną ulgę. Jakby pękł wielki balon. Nie było już agresji, za to niespodziewanie pojawił się uśmiech. To były osoby zupełnie inne od tych, które jeszcze chwilę wcześniej widziałem śpiewające w sali.
Przygotowania do eksmisji betanek z Kazimierza Dolnego trwały kilka tygodni. Już podczas samej akcji możliwy był każdy scenariusz. "Zakładaliśmy nawet zbiorowe samobójstwo" - mówi DZIENNIKOWI główny policyjny negocjator.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Reklama
Reklama
Reklama