Dziennik Gazeta Prawana logo

Robotnicy jako obiekt historii

5 listopada 2007, 12:15
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

Robotnicza krzywda po 1989 roku nie znalazła swych bardów, nie zainteresowała ani pisarzy, ani historyków, ani socjologów. Była nieciekawa nawet dla polskiej lewicy, która wybrała modniejsze sztandary (feminizm, wyzwolenie gejów). Owszem, spora część działaczy "Solidarności" jeszcze przez wiele lat będzie powtarzać tezę o zdradzie wobec robotników (ci, którzy obalili komunizm, zostali pozbawieni korzyści z tego sukcesu), jednak ta diagnoza nigdy nie została wyartykułowana jako coś więcej niż skarga, ani uporządkowana w coś bardziej przemyślanego niż prosta emocja.

Obowiązki współczesnego, polskiego Marksa wziął na siebie amerykański entuzjasta "Solidarności" David Ost. Z dobrą wolą, z dużą inteligencją, a jednak z mizernym skutkiem. Bo choć trudno z nim polemizować, gdy szeroko dowodzi, jak bardzo polscy robotnicy ucierpieli na modernizacji, to jednak nie potrafi odpowiedzieć, na czym polega szczególne zło tej sytuacji, poza oczywistą dla wszystkich, naiwną konstatacją, że lepiej, by nikt nigdy nie cierpiał.

Ost wysuwa różne argumenty - są i historyczne zasługi robotników, i współczesne standardy socjalne, i demokratyczno-republikańskie wartości. Jest nawet coś dla cyników - egoistyczna kalkulacja, że lepiej nie rozbudzać gniewu w tak dużej grupie społecznej. Kłopot jednak w tym, że każda z tych racji jest w istocie słaba. Inteligencja miała nie mniejsze zasługi niż robotnicy, rewolucja była więc w istocie także ich własnością. Kołdra, czyli możliwości gospodarki, była krótka. Standardy socjalne wykształconych Polaków wołały o pomstę do nieba nie mniej niż dzisiejsza pozycja zdeklasowanych robotników. Inteligencja cieszyła się własnym awansem, zamiast przeżywać krzywdę innych, ale trudno z tej naturalnej słabości ulepić większego kalibru zarzut. A hasło pozornej demokracji (którego używa Ost, by zdelegalizować stan wykluczenia robotników) mało kogo dziś oburzy. Polska demokracja była - i jest - hasłem na wyrost, bo z tej mglistej idei rewolucji 1989 roku udało się wycisnąć jedynie przełom antyautorytarny. A co do buntu - póki co robotnicy siedzą cicho i nic nie wskazuje, by się coś zmieniło. Chyba że ich energia będzie potrzebna jakiejś wpływowej grupie po to, by zawalczyć dla siebie o jeszcze większe wpływy. Bo - o czym Ost powinien pamiętać - nigdy nie było żadnej rewolucji robotniczej.

Przy całej sympatii dla społecznej wrażliwości Osta trudno podzielić jego krytykę polskich elit. Jeśli już, to można im mieć za złe coś innego - nie czyny, lecz słowa. Owe kilka lat retoryki modernizacyjnej, której ostentacyjna pogarda wobec robotników miała w sobie coś z obsesji. Odhumanizowano wtedy ich wyobrażenie tak daleko, że przez kilka lat w strajkujących widziano jedynie wyjący motłoch. Jednak te czasy już się skończyły.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj